Zapiski z rozmowy
Winobranie pod Zieloną Górą to przede wszystkim liczenie skrzynek

W mieście trwało jeszcze święto wina, a w winnicy kilkanaście kilometrów dalej nikt nie miał czasu na święto. Zbierano solarisa, pierwszą odmianę w tym roku, i cały dzień kręcił się wokół jednej liczby: ile skrzynek zjechało z rzędów do prasy.
Rano nad winnicą pod Zieloną Górą wisiała mgła, a gospodarz chodził między rzędami z refraktometrem i zrywał po jednym winogronie z różnych krzewów. Wyciskał kroplę soku na szkiełko, patrzył pod światło, zapisywał w zeszycie. Kiedy przyjechałam, było już po decyzji: zbieramy. Pierwsze skrzynki stały ułożone w wieże przy szopie.
W samej Zielonej Górze trwało jeszcze winobranie, to miejskie, z jarmarkiem, koncertami i Bachusem, który co roku we wrześniu dostaje klucze do miasta. Tutaj, kilkanaście kilometrów dalej, na południowym stoku, święta nie było widać. Była praca.
Z Torunia jechałam przez Poznań, niecałe trzysta kilometrów. Spałam w pokoju gościnnym we wsi obok i gospodyni na śniadanie dała mi winogrona. Deserowe, nie te.
Cukier w kropli
Refraktometr to ten sam przyrząd, który widziałam latem u pszczelarza pod Głubczycami, tylko z inną skalą. Tam mierzył wodę w miodzie, tu cukier w soku winogron. Winiarz patrzy na stopnie Brix, czyli mniej więcej procent cukru w soku. Od tego zależy, jakie wino wyjdzie i ile będzie miało alkoholu.
Solaris to biała odmiana, odporna na zimno i choroby, i w polskich winnicach dojrzewa najwcześniej. Czerwone, które rosną kilka rzędów dalej, będą zbierane na przełomie września i października. Gospodarz mówi, że termin zbioru wybiera się między dwiema obawami: za wcześnie, to wino będzie kwaśne, za późno, to przyjdą deszcze i osy, a grona zaczną pękać.
„Cały rok czekasz na jeden tydzień, a potem i tak decyduje prognoza na trzy dni.”
Sekator i osy
Dostałam sekator, rękawice i rząd. Zbieracze idą parami po obu stronach krzewów, obcinają kiście i kładą je do skrzynki, uważając, żeby ich nie zgnieść. Chore albo zgniłe grona idą na ziemię. Wszystkie skrzynki są plastikowe, ażurowe, żeby grona oddychały i żeby na dnie nie zbierał się sok.
Osy były wszędzie. Siedziały na najsłodszych gronach, wchodziły do pękniętych jagód. Po godzinie przestałam się ich bać, bo nikt nie zwracał na nie uwagi, a one nie zwracały uwagi na nikogo. Użądliła mnie tylko jedna, kiedy sięgnęłam do kiści, nie patrząc.
Moja para, sąsiadka gospodarzy, która przyjeżdża na każde winobranie od początku, zbierała dwa razy szybciej ode mnie. Pod koniec rzędu powiedziała, że jak na pierwszy raz to nieźle. Zapisałam to na pocieszenie.
Winnicę posadzili niecałe dwadzieścia lat temu na zboczu, na którym przed wojną też rosły winorośle. Gospodarz pokazał mi stary kamienny murek, który znaleźli przy karczowaniu krzaków, i mówi, że wrócili na miejsce, a nie zaczynali od zera. Wino w okolicy Zielonej Góry robiono od średniowiecza, potem przez kilkadziesiąt lat prawie zniknęło, a od dwóch dekad winnic znowu przybywa.

Kreska w zeszycie
Tu wracam do tytułu. Na końcu każdego rzędu stał chłopak z wózkiem, zbierał pełne skrzynki i woził je do prasy przy budynku. Przy wjeździe siedziała żona gospodarza z zeszytem i stawiała kreskę za każdą skrzynkę. Co dziesiąta kreska skreślała poprzednie dziewięć. Ten sam system, który znam z remanentów w hurtowni.
Pytałam, po co liczyć, skoro winogrona i tak się waży. Bo skrzynki to rytm dnia, odpowiedziała. Wiedzą, ile mniej więcej mieści się w prasie naraz i ile skrzynek zbiera się z rzędu, więc kreska mówi, czy zdążą przed wieczorem i czy prasa za chwilę nie będzie stała pusta albo przeładowana. Pełna skrzynka waży kilkanaście kilogramów. O szesnastej w zeszycie było dwieście dwanaście kresek.
Prasa nie czeka
Grona z białych odmian idą do prasy tego samego dnia, możliwie szybko po zbiorze, żeby sok nie zaczął fermentować za wcześnie i nie nabrał posmaku. Przy prasie pracował gospodarz z synem. Sok spływał do zbiorników, z których za kilka miesięcy zrobi się wino. Wytłoki, czyli to, co zostaje z gron, szły na kompost.
Co się psuje najczęściej
Gospodarz odpowiedział, że ludzie. Nie w sensie, że źle pracują, tylko że jest ich za mało. Winobranie trwa kilka dni, czasem rozbite na kilka tygodni, i trzeba mieć kilkanaście par rąk dokładnie wtedy, kiedy grona są gotowe, a nie kiedy wszystkim pasuje. Część zbieraczy to rodzina i znajomi, którzy biorą na to urlop.
Gdyby zaczynał jeszcze raz, posadziłby mniej odmian. Ma ich kilka i każda dojrzewa w innym terminie, więc winobranie rozciąga się na pół jesieni.
Wyjechałam o wpół do szóstej, z dłońmi lepkimi mimo mycia i z bąblem po osie na palcu. Kiedy sięgnęłam po długopis w aucie, był lepki tak samo.
Rano nad winnicą pod Zieloną Górą wisiała mgła, a gospodarz chodził między rzędami z refraktometrem i zrywał po jednym winogronie z różnych krzewów. Wyciskał kroplę soku na szkiełko, patrzył pod światło, zapisywał w zeszycie. Kiedy przyjechałam, było już po decyzji: zbieramy. Pierwsze skrzynki stały ułożone w wieże przy szopie.