Prosto do zapisków

zapiski z rozmów z ludźmi, którzy coś robią

Zapiski z rozmowy

Wrzesień w przedszkolu Montessori pod Wrocławiem, opowiedziany przez nauczycielkę

okolice Wrocławia 4 min czytania zapisała Celina

Jasna sala przedszkolna z niskimi półkami i stolikami

Pierwszy tydzień września w przedszkolu Montessori pod Wrocławiem, oglądany z krzesełka wysokości trzydziestu centymetrów. Nauczycielka opowiadała mi o adaptacji, o dzbanku z wodą i o tym, dlaczego w sali prawie nikt nie podnosi głosu.

Pierwsze, co dostałam w przedszkolu pod Wrocławiem, to kapcie i krzesełko. Kapcie były moje, przywiozłam je w torbie, bo nauczycielka uprzedziła przez telefon. Krzesełko było dziecięce, wysokie na trzydzieści centymetrów, i na nim spędziłam większość przedpołudnia, w kącie sali, z notesem na kolanach. Kolana były wyżej niż notes.

Był czwartek w pierwszym tygodniu września. Przedszkole mieści się w dawnym domu jednorodzinnym z ogrodem, w gminie, która w ostatnich latach z wioski zrobiła się przedmieściem. Do Wrocławia przyjechałam dzień wcześniej i spałam u znajomej na Krzykach, która tym razem zdążyła zrobić kolację, zanim dotarłam.

Wszystko na wysokości dziecka

Sala nie wygląda jak przedszkole, które pamiętam. Nie ma kolorowych plastikowych zabawek w skrzyni. Są niskie drewniane półki i na każdej kilka tac, a na każdej tacy jedna rzecz do zrobienia: przelewanie wody, przesypywanie ziaren, zapinanie guzików na ramce, układanie klocków od największego do najmniejszego.

Nauczycielka mówi, że to się nazywa przygotowane otoczenie. Wszystko jest na wysokości dziecka i wszystko jest prawdziwe: szklanki są ze szkła, dzbanek jest z porcelany, nożyk do krojenia banana tnie. Kiedy coś się stłucze, dziecko wie, że się stłukło, i razem z dorosłym sprząta.

Na ścianie wisi niewiele. Kilka obrazków na wysokości oczu dziecka, mapa świata złożona z puzzli, kalendarz z pogodą. Nauczycielka mówi, że rodzice przy pierwszej wizycie pytają czasem, gdzie są zabawki. Pokazuje im wtedy półki i tłumaczy, że to są zabawki, tylko każda ma swoje miejsce i swój cel.

„Dorosły w tej sali ma być trochę jak dobry kelner. Widzi wszystko, a przeszkadza jak najmniej.”

nauczycielka przedszkola

Wrzesień zaczyna się od pożegnań

Większość sali to dzieci, które chodzą tu od roku albo dwóch. We wrześniu dochodzi kilkoro nowych, najmłodszych, trzyletnich. Dla nich pierwsze tygodnie to adaptacja: najpierw godzina z rodzicem, potem godzina bez, potem dwie. Nauczycielka mówi, że nie ma jednego sposobu. Jedno dziecko po trzech dniach nie ogląda się na drzwi, inne potrzebuje miesiąca.

O 7:40 widziałam, jak mama trzylatka żegna się w szatni. Krótko, bez przedłużania. Nauczycielka uklękła obok chłopca i nic nie mówiła, tylko pokazała mu, gdzie wiesza się kurtkę. Wieszak ma jego znaczek. Płakał może pięć minut, potem poszedł za starszą dziewczynką do półki z tacami.

To jest ta druga rzecz, której nie było w moim przedszkolu: dzieci w różnym wieku w jednej sali. Sześciolatki uczą trzylatki, trzylatki patrzą na sześciolatki. Nauczycielka mówi, że we wrześniu starsi robią za nią połowę adaptacji.

Drewniana taca z kubeczkami
Drewniana taca z kubeczkami

Trzy godziny ciszy

Od wpół do dziewiątej zaczyna się czas pracy własnej. Trwa mniej więcej do wpół do dwunastej i przez ten czas dziecko samo wybiera, czym się zajmie, gdzie usiądzie i jak długo. Może pracować przy stoliku albo na dywaniku rozłożonym na podłodze. Kiedy skończy, odnosi tacę na półkę w takim stanie, w jakim ją wzięło.

Siedziałam w kącie i liczyłam. Jedna dziewczynka przelewała wodę z dzbanka do dwóch szklanek przez dwadzieścia trzy minuty. Wylewała, przelewała, wycierała rozlane krople gąbką, przelewała znowu. Nikt jej nie poganiał i nikt nie chwalił. Kiedy skończyła, wylała wodę do miski, wytarła tacę i odniosła.

Zapytałam potem, czemu nikt jej nie pochwalił. Nauczycielka odpowiedziała, że dziewczynka wiedziała, że jej się udało. Pochwała przeniosłaby jej uwagę z dzbanka na dorosłego.

Najbardziej zaskoczyła mnie cisza. Nie zupełna, bo w sali było dwadzieścioro dzieci, ale niska. Dorośli mówią cicho, podchodzą do dziecka, zamiast wołać przez salę. Dzieci robią to samo. Złapałam się na tym, że szepczę do dyktafonu.

Co się psuje najczęściej

Nauczycielka zaśmiała się i powiedziała: dzbanki. Porcelanowe tłuką się kilka razy w roku i każdy trzeba odkupić taki sam, bo dzieci przyzwyczajają się do wielkości i ciężaru. Trzymają w szafie zapas.

Poważniej odpowiedziała po chwili, że psuje się porządek na półkach. Wystarczy, że jedna taca stoi nie na swoim miejscu albo brakuje na niej łyżeczki, i dziecko, które po nią sięgnie, nie skończy pracy. Dlatego codziennie po zajęciach przegląda wszystkie półki, tacę po tacy. Zajmuje jej to pół godziny.

Gdyby zaczynała jeszcze raz, poszłaby wcześniej na kurs Montessori. Najpierw przez kilka lat pracowała w zwykłym przedszkolu i mówi, że oduczanie się mówienia przez całą salę zajęło jej więcej czasu niż nauka nowego.

Zapisała Celina, Toruń. Rozmówcy bez nazwisk i twarzy, miejsca bez adresów. Nagranie z dyktafonu skasowane po napisaniu tych zapisków.