Zapiski z rozmowy
Ostatnie miodobranie po lipie w pasiece pod Głubczycami

Pszczelarz spod Głubczyc odbierał ostatni miód z lipy i od razu myślał o sierpniu, o leczeniu pszczół i o zimie. Byłam przy tym od świtu, w pożyczonym kapeluszu z siatką, z refraktometrem w ręku częściej, niż się spodziewałam.
O wpół do szóstej nad polami pod Głubczycami wisiała mgła tak niska, że lipy przy drodze wystawały z niej tylko koronami. Pszczelarz czekał przy ulach z dymarką i skrzynką pustych korpusów. Zapytał, czy mam coś jasnego na sobie. Miałam ciemnogranatową kurtkę, więc dostałam jego starą bluzę i kapelusz z siatką. Bluza była na mnie za duża o dwa rozmiary i pachniała woskiem.
Do Głubczyc jest z Torunia ponad czterysta kilometrów, przyjechałam dzień wcześniej i spałam w agroturystyce dwie wsie dalej. Gospodyni, kiedy usłyszała, po co przyjechałam, zapytała tylko, czy przywiozę jej słoik.
Lipa się kończy
Lipy kwitną w lipcu, najpierw szerokolistne, potem drobnolistne, i przez dwa, trzy tygodnie dają pszczołom tyle nektaru, że pasieka żyje tym przez resztę roku. Tutaj lip jest dużo, wzdłuż dróg i w starych parkach przy dawnych majątkach. Pszczelarz mówi, że w tym roku kwitnienie było krótsze niż zwykle, bo w drugiej połowie lipca przyszły upały i nektar wysychał.
To było ostatnie miodobranie w sezonie. Po nim w okolicy zostają już tylko drobne pożytki, a dla pszczelarza zaczyna się druga połowa roku, mniej widowiskowa.
Pasieka stoi w dwóch miejscach. Część uli na skraju alei lipowej za wsią, część przy sadzie u szwagra kilkanaście kilometrów dalej. Ule są drewniane, malowane na różne kolory, żeby pszczoły trafiały do swoich. Pszczelarz mówi, że to nie jest legenda, tylko praktyka: przy rzędzie jednakowych skrzynek pszczoły częściej mylą wejścia.
Ramka pod światło
Odbieranie miodu wyglądało inaczej, niż sobie wyobrażałam. Żadnego pośpiechu. Otwierał ul, dymił lekko, wyjmował ramkę i podnosił ją pod niebo. Patrzył, ile komórek jest zasklepionych, czyli przykrytych przez pszczoły cienką warstwą wosku. Zasklepienie to znak, że miód dojrzał: pszczoły odparowały z niego wodę i zamknęły go na zapas.
Jeśli zasklepiona była większa część ramki, szła do skrzynki. Jeśli nie, wracała do ula. Kilka razy wahał się i wtedy wyciągał z kieszeni refraktometr, małą lunetkę, do której nakłada się kroplę miodu i odczytuje zawartość wody na skali.
„Przepisy dają dwadzieścia procent. Ja chcę osiemnaście, bo przy dwudziestu miód potrafi zacząć fermentować w słoiku.”
Sprawdziłam później: zawartość wody w miodzie nie może przekraczać 20 procent i właśnie miód lipowy zdarza się na tej granicy, bo pszczoły dostają dużo nektaru naraz. Podkreślam to na łososiowo, bo pierwszy raz zrozumiałam, że miód nie jest gotowy, kiedy go jest dużo, tylko kiedy jest suchy.

Pracownia w budynku gospodarczym
Koło dziesiątej przewieźliśmy korpusy z ramkami do pomieszczenia za domem. Wyłożone płytkami, z oknem zasłoniętym moskitierą, bo pszczoły zlatują się do miodu z daleka. Na środku stała miodarka, czyli wirówka, w której ramki kręcą się tak szybko, że miód wylatuje z komórek na ścianki.
Najpierw trzeba je odsklepić. Pszczelarz robi to widelcem z długimi zębami, zdrapując wosk do kuwety. Te wieczka idą potem na wosk, nic się nie marnuje. Ja odsklepiłam trzy ramki. Za trzecim razem pszczelarz powiedział, że już prawie dobrze, czyli źle, ale grzecznie.
Miód z miodarki leciał przez dwa sita do zbiornika, w którym ma postać kilka dni, żeby piana i drobiny wosku wypłynęły na wierzch. Potem słoiki. Lipowy był jasnożółty z zielonkawym odcieniem, a zapach w pomieszczeniu był taki, że po godzinie przestałam go czuć.
Co się psuje najczęściej
Zadałam to pytanie przy kawie, przed czternastą, bo później już nie piję. Odpowiedź była pszczelarska, a nie techniczna: zdrowie rodzin. Najwięcej strat co roku robi warroza, roztocz, który żyje na pszczołach i osłabia je przed zimą. Dlatego zaraz po ostatnim miodobraniu, na przełomie lipca i sierpnia, pszczelarz zaczyna leczenie. Wcześniej nie wolno, bo leki nie mogą trafić do miodu.
Opowiadał, że kilka lat temu spóźnił się z tym o dwa tygodnie i na wiosnę z siedemdziesięciu uli żyło niewiele ponad pięćdziesiąt. Od tamtej pory sierpień ma zarezerwowany w kalendarzu bardziej niż urlop.
Druga rzecz to pogoda, ale tu tylko machnął ręką. Na pogodę nic nie poradzi.
Słoik dla gospodyni
Wyjeżdżałam po trzeciej, z dwoma słoikami. Jeden obiecałam gospodyni z agroturystyki i oddałam go jeszcze tego samego popołudnia, kiedy wracałam po torbę. Drugi stoi u nas w kuchni na Bydgoskim. Stefan otworzył go po nocnej zmianie i stwierdził, że pachnie jak droga pod Głubczycami, choć nigdy tam nie był.
Pszczelarz, zapytany, co by zrobił inaczej, gdyby zaczynał jeszcze raz, odpowiedział, że ustawiłby pasiekę bliżej domu. Teraz ma dwie lokalizacje i w sezonie robi dziennie po kilkadziesiąt kilometrów między nimi.
O wpół do szóstej nad polami pod Głubczycami wisiała mgła tak niska, że lipy przy drodze wystawały z niej tylko koronami. Pszczelarz czekał przy ulach z dymarką i skrzynką pustych korpusów. Zapytał, czy mam coś jasnego na sobie. Miałam ciemnogranatową kurtkę, więc dostałam jego starą bluzę i kapelusz z siatką. Bluza była na mnie za duża o dwa rozmiary i pachniała woskiem.