Zapiski z rozmowy
Osiem godzin na nocnej zmianie w magazynie pod Strykowem

Hala wielkości kilku boisk, regały do sufitu i ludzie, którzy w nocy kompletują zamówienia, żeby rano mogły wyjechać ciężarówki. Przeszłam z nimi całą zmianę, od odprawy do ostatniej palety.
Pod Strykowem przecinają się dwie autostrady i z tego powodu wyrosło tu miasteczko z hal. Z daleka wyglądają jak białe pudełka po butach ustawione na polu. W nocy świecą. Przyjechałam za kwadrans dziesiąta, odebrałam na portierni kamizelkę odblaskową i kartkę z zasadami bezpieczeństwa do podpisania. Zdjęcia tylko regałów i rąk, żadnych etykiet z nazwami klientów. Zgadzało się z moimi zasadami co do joty.
Kierownik zmiany, który pracuje w logistyce od kilkunastu lat, zgodził się, żebym przeszła z nimi całą noc. Postanowiłam, że tym razem zapiszę ją w liczbach, bo to jest miejsce, w którym wszystko się liczy.
21:50, czyli odprawa w pięć minut
Kilkadziesiąt osób w kamizelkach stanęło w półkolu przy tablicy. Kierownik przeczytał, ile zamówień jest do zrobienia do rana, ile ciężarówek przyjedzie po towar i o której ma wyjechać pierwsza. Dwie osoby na zwolnieniu, jedna nowa. Nikt nie zadawał pytań. Usłyszałam potem, że odprawa ma trwać krótko, bo każda minuta to minuta mniej na hali.
Jeden skaner, kilkaset lokalizacji
Hala ma kilkanaście metrów wysokości. Regały sięgają prawie pod dach, a na najwyższych poziomach stoją palety, które zdejmuje się tylko wózkiem wysokiego składowania. Na dole są półki z drobnym towarem, do którego sięga się ręką. Kierownik pokazał mi plan na ekranie: alejki oznaczone literami, regały numerami, poziomy kolejnymi cyframi. Każde miejsce w magazynie ma swój adres, jak mieszkanie w bloku.
Większość ludzi na nocy to kompletujący. Kompletacja to zbieranie z regałów towaru do konkretnego zamówienia: skaner pokazuje, gdzie iść, ile sztuk wziąć, a potem trzeba zeskanować i półkę, i towar, żeby system wiedział, że wszystko się zgadza. Poszłam z kobietą, która robi to od trzech lat, wcześniej pracowała w sklepie. Wózek przed sobą, skaner na nadgarstku, krok szybki, ale bez biegu.
„Kto biega w pierwszej godzinie, ten o czwartej siedzi na palecie.”
Usłyszałam, że na hali jest norma, czyli liczba pozycji na godzinę, i że system ją liczy na bieżąco. Kierownik widzi wynik każdej osoby na ekranie. Zapytałam, czy to nie przeszkadza. Odpowiedź była krótka: przeszkadza, jak skaner się zawiesza, bo wtedy wynik spada, a człowiek nic nie zrobił źle.

22 tysiące kroków
Telefon w kieszeni liczył mi kroki. O drugiej w nocy pokazał dwanaście tysięcy, o szóstej ponad dwadzieścia dwa. Moja przewodniczka powiedziała, że to mało, bo przez połowę czasu stałam i pisałam. Ona ma w nogach więcej i od kilku miesięcy nosi buty o numer większe, bo pod koniec zmiany stopa puchnie.
Zapytałam o to, o co pytam wszędzie: co się psuje najczęściej. Kierownik nie musiał się zastanawiać. Skanery i ładowarki do wózków elektrycznych, a zaraz potem ludzie, którzy nie przyszli. Jedna nieobecność w nocy to kilkaset pozycji, które ktoś inny musi dociągnąć.
15 minut przerwy i 6 złotych
Przerwa była o drugiej. Stołówka z automatami, mikrofalówki, ktoś grzał zupę w słoiku. Ja miałam termos z herbatą i kanapkę, którą Stefan zrobił mi przed wyjazdem, zanim sam poszedł na nockę na nastawnię. W naszym domu nocka to nic nadzwyczajnego.
Przy stole rozmowa zeszła na pieniądze. Za każdą godzinę pracy w porze nocnej należy się dodatek: dwadzieścia procent stawki godzinowej liczonej od płacy minimalnej. Sprawdziłam to potem w przepisach. W maju 2026 roku wychodzi z tego około sześciu złotych brutto za godzinę. Dla jednych to sporo, dla innych za mało, żeby przestawić całe życie na noc. Kilka osób powiedziało, że wybrało nockę, bo w dzień zajmują się dziećmi albo rodzicami.
Przy stole siedziała też kobieta z działu przyjęć. Opowiadała, że w jej rodzinie wszyscy pracowali w polu albo w zakładach w Łodzi i że magazyny pod Strykowem wyrosły na jej oczach, na ziemi, na której jej dziadek siał żyto. Nie mówiła tego z żalem, raczej ze zdziwieniem, jak o pogodzie.
4:10, czyli najgorsza godzina
Wszyscy mówili o niej z góry. Między czwartą a piątą najtrudniej trzymać tempo i najłatwiej o pomyłkę. Tę samą godzinę widziałam kilka tygodni wcześniej u piekarzy, przy nocy w piekarni w Grudziądzu. Tam o tej porze ładowano bułki do samochodu i nikt nie miał czasu ziewać. Tutaj ziewał każdy, łącznie ze mną.
Na rampie stały już pierwsze ciężarówki. Operator wózka widłowego woził palety owinięte folią, a kontroler sprawdzał etykiety. Za każdym razem, kiedy brama się podnosiła, do hali wpadało zimne powietrze z zapachem diesla.
Ostatnia paleta o 5:48
Ostatnią paletę owinęli folią dwanaście minut przed końcem zmiany. Kierownik odhaczył ją na tablecie i dopiero wtedy wypił kawę. Zadałam mu drugie pytanie: co zmieniłby, gdyby zaczynał w logistyce jeszcze raz. Powiedział, że wcześniej nauczyłby się mówić ludziom, że dziś już się więcej nie da. Podkreślam to na łososiowo. O szóstej przyszła zmiana poranna, wypoczęta, z mokrymi włosami. Nocna wychodziła powoli, jak z kina po długim filmie. Wróciłam do Torunia przed dziewiątą i przespałam do trzeciej po południu.
Pod Strykowem przecinają się dwie autostrady i z tego powodu wyrosło tu miasteczko z hal. Z daleka wyglądają jak białe pudełka po butach ustawione na polu. W nocy świecą. Przyjechałam za kwadrans dziesiąta, odebrałam na portierni kamizelkę odblaskową i kartkę z zasadami bezpieczeństwa do podpisania. Zdjęcia tylko regałów i rąk, żadnych etykiet z nazwami klientów. Zgadzało się z moimi zasadami co do joty.