Prosto do zapisków

zapiski z rozmów z ludźmi, którzy coś robią

Zapiski z rozmowy

Noc przymrozku w sadzie pod Grójcem

okolice Grójca 4 min czytania zapisała Celina

Szron na jabłku w sadzie o świcie

Prognoza mówiła o minus trzech stopniach, a jabłonie stały w pełnym kwiecie. Przez całą noc chodziłam z sadownikiem między rzędami i patrzyłam, jak woda zamienia się w lód, żeby kwiaty przeżyły.

Tej nocy pisałam w notesie godzinami zamiast śródtytułami, bo inaczej się nie dało. Sadownik spod Grójca zadzwonił do mnie we wtorek wieczorem: „W czwartek ma przymrozić. Jak pani chce zobaczyć, to niech pani przyjedzie.” Pojechałam. Z Torunia to niecałe trzysta kilometrów, głównie autostradą, a potem wąskimi drogami między sadami, które w kwietniu wyglądają, jakby ktoś rozlał mleko po całej okolicy.

21:30. Termometry na kijach

Na podwórzu stał ciągnik, obok niego stary pikap z beczką. Sadownik, który prowadzi gospodarstwo z synem, pokazał mi telefon. Na ekranie kilka odczytów z czujników rozstawionych po sadzie. Plus cztery, plus trzy i pół, plus cztery. Do tego zwykłe termometry przybite do palików na wysokości kwiatów, sprawdzane latarką, „bo telefon czasem kłamie”.

Jabłonie były w pełnym kwiecie. Usłyszałam, że właśnie wtedy są najbardziej wrażliwe: otwarty kwiat zaczyna marznąć, kiedy temperatura spada mniej więcej do minus dwóch, trzech stopni, a zawiązki, z których mają być jabłka, giną szybciej niż płatki. Wieczór był bezchmurny i bez wiatru. To najgorsza pogoda na tę porę roku, bo ziemia oddaje ciepło prosto w niebo.

23:10. Plus jeden i pół

Przy ziemi temperatura spadała szybciej niż na wysokości dwóch metrów. Zimne powietrze jest cięższe i spływa w dół jak woda, zbiera się w zagłębieniach. Najniższa kwatera sadu leży przy rowie i tam termometr pokazywał najmniej.

„Ta dolna zawsze pierwsza. Jak u niej jest zero, to na górze mam jeszcze pół godziny.”

sadownik spod Grójca

0:20. Pompy

Na części kwater gospodarstwo ma deszczowanie przeciwprzymrozkowe: rury nad koronami drzew i zraszacze, które rozpylają wodę na kwiaty. Woda bierze się ze zbiornika wykopanego za stodołą. Syn sadownika poszedł uruchomić pompy, kiedy czujniki w dolnej kwaterze pokazały plus jeden. Usłyszałam, że trzeba zacząć wcześniej, zanim kwiat zejdzie poniżej zera, bo w pierwszych minutach mokre kwiaty jeszcze się wychładzają.

Zasada jest prosta, choć trudno w nią uwierzyć, stojąc w deszczu w kwietniową noc. Woda, która zamarza na kwiecie, oddaje ciepło. Dopóki zraszacze leją i na kwiatach przybywa świeżej wody, pod lodem utrzymuje się temperatura bliska zera, a nie minus trzy. Kwiat w lodowej skorupie przeżywa. Kwiat bez wody, obok, nie.

Kalosze z mojej skrzynki po bananach okazały się o numer za duże. Wiedziałam o tym od lat i dalej ich nie wymieniłam.

Oszronione kwiaty jabłoni
Oszronione kwiaty jabłoni

2:40. Lód zaczyna dzwonić

Chodziliśmy rzędami z latarkami. Na gałęziach rosły sople, krótkie, jak zęby. Kiedy dotykało się gałęzi, lód lekko stukał. Sadownik co jakiś czas podnosił latarkę do góry i sprawdzał, czy zraszacze się obracają. Jeden się zaciął i trzeba było go przepchnąć kijem. Zapytałam, co się psuje najczęściej. „Zraszacze - odpowiedział od razu. - Jeden stanie i rano masz pas drzew bez kwiatu.”

Na kwaterach bez deszczowania nie dało się zrobić nic. Sadownik powiedział, że niektórzy sąsiedzi palą w takie noce świece parafinowe albo jeżdżą ciągnikiem z nagrzewnicą, ale to pomaga przy słabszym przymrozku. Przy minus trzech, przy ziemi niżej, mało co pomaga.

4:50. Najniżej

Termometr przy ziemi w dolnej kwaterze pokazał minus 3,4. Na wysokości kwiatów minus dwa z kawałkiem. Pod skorupą lodu kwiaty wyglądały jak zatopione w szkle. Piłam herbatę z termosu i grzałam ręce o nakrętkę. Syn sadownika zrobił kawę na podwórzu, z czajnika na butlę, i podał mi kubek. Podziękowałam i trzymałam go dla ciepła.

6:30. Słońce, ale pompy dalej chodzą

To był moment, którego się nie spodziewałam. Po wschodzie słońca temperatura szybko rosła, a zraszacze dalej pracowały. Usłyszałam, że nie można ich wyłączyć, dopóki lód nie zacznie sam odpadać z gałęzi. Gdyby woda przestała lecieć wcześniej, lód parowałby i odbierał kwiatom ciepło, i cała noc poszłaby na marne.

Lód zaczął topnieć koło wpół do ósmej. Pompy stanęły kilka minut przed ósmą.

7:10. Woda na liczniku

Kiedy było już jasno, syn sadownika pokazał mi licznik przy pompie. Liczby nic mi nie mówiły, więc przeliczył je na coś, co rozumiem: przez tę noc na kilka hektarów sadu poszło tyle wody, ile cały blok w Toruniu zużywa przez kilka tygodni. Zbiornik za stodołą opadł tak, że widać było glinę na brzegach. Do następnego przymrozku musi się napełnić, a w kwietniu deszczu było mało. Usłyszałam, że dlatego część gospodarstw w okolicy nie decyduje się na deszczowanie: sama instalacja to jedno, ale bez dużego zapasu wody jest bezużyteczna.

8:00. Wynik za kilka tygodni

Zapytałam, czy już wiadomo, jak poszło. Sadownik pokręcił głową. Uszkodzony kwiat na pierwszy rzut oka wygląda tak samo jak zdrowy. Trzeba przeciąć słupek i sprawdzić, czy w środku nie zbrązowiał. A ile naprawdę zawiąże się jabłek, okaże się dopiero w maju.

Na koniec drugie pytanie, to o zaczynanie od nowa. Sadownik pokazał brodą za stodołę: zbiornik wykopałby dwa razy większy, bo na całą noc ledwo starczyło.

Wracałam przez Mszczonów, spałam w aucie dwie godziny na parkingu przy stacji. W domu Stefan zapytał, jak było. Powiedziałam, że przez całą noc padało, a było minus trzy, i że to była najbardziej logiczna noc, jaką widziałam od dawna.

Zapisała Celina, Toruń. Rozmówcy bez nazwisk i twarzy, miejsca bez adresów. Nagranie z dyktafonu skasowane po napisaniu tych zapisków.