Zapiski z rozmowy
Zdun spod Sandomierza nie lubi, kiedy ktoś się spieszy

Stary piec kaflowy w wiejskim domu rozbiera się kafel po kaflu, numeruje kredą i stawia od nowa. Spędziłam przy tym jeden dzień i dowiedziałam się, że najdłużej trwa to, czego nie widać.
Kafle leżały na podłodze w pokoju od podwórza, ułożone rzędami na starych gazetach. Każdy miał na odwrocie numer napisany kredą: litera ściany i cyfra rzędu. Zielone, szkliwione, z delikatnym wzorem przy krawędzi. Było wpół do dziewiątej rano, za oknem kwitły sady, a zdun klęczał przy fundamencie z poziomicą i nie odezwał się, dopóki nie skończył.
Dojechałam dzień wcześniej. Z Torunia pod Sandomierz jest ponad czterysta kilometrów i nie dałabym rady wyjechać o świcie i jeszcze coś zapamiętać. Spałam w agroturystyce przy drodze na Opatów, w pokoju z widokiem na sad, a o szóstej obudziły mnie szpaki.
Najpierw się rozbiera, potem się czeka
Dom należał do dziadków obecnych właścicieli. Piec stał w nim od lat sześćdziesiątych i grzał coraz gorzej: kafle odstawały, w szczelinach było widać czarne smugi, a od kilku zim dymiło przy każdym rozpalaniu. Rodzina chciała go zachować, bo to jedyna rzecz w domu, która została taka, jaka była.
Zdun rozbierał go przez dwa dni. Każdy kafel zdjęty, oczyszczony ze starej gliny i opisany. Kilka pękło, więc szuka podobnych u znajomych, którzy też rozbierają stare piece. Usłyszałam, że z pięciu takich pieców da się czasem złożyć jeden kompletny zapas.
„Jak ktoś mi mówi, że chce na wtorek, to ja mówię, że niech dzwoni do kogoś innego.”
Kafel ma plecy
Tego nie wiedziałam. Kafel piecowy z przodu jest płaski i szkliwiony, a z tyłu ma coś w rodzaju skrzynki, kołnierz z wypalonej gliny. Zdun mówi na to rumpa. Tę skrzynkę wypełnia się kawałkami cegły i gliną, dzięki czemu kafel lepiej trzyma ciepło i nie przepala się od środka. Na stole w sieni stało wiadro z pokruszoną cegłą, przesianą na drobno.
Kafle łączy się ze sobą drutem. Zdun wygina z niego klamry i zaczepia o otwory w rumpach sąsiednich kafli, tak że cała ściana pieca trzyma się razem jak siatka. Potem drut przykrywa się gliną, żeby nie rdzewiał i nie przewodził ciepła tam, gdzie nie trzeba. Spoiny między kaflami na froncie mają być cienkie jak nitka. Zdun sprawdzał je palcem, nie linijką.
W środku pieca jest to, czego nikt potem nie ogląda: kanały, którymi idzie dym, zanim ucieknie do komina. Są wymurowane z cegły szamotowej, czyli takiej, która znosi wysoką temperaturę. Od tego, jak są poprowadzone, zależy, czy piec będzie ciepły długo, czy tylko przez godzinę po paleniu.

Piec zarasta jak stary rurociąg
Zapytałam o to przy herbacie, kiedy siedzieliśmy na skrzynce przed domem. Odpowiedź przyszła od razu: drzwiczki i ruszt, bo pracują w ogniu, a potem kanały, bo ludzie palą czym popadnie. Mokrym drewnem i śmieciami, a od tego piec zarasta jak stary rurociąg.
Usłyszałam, że najlepiej palić drewnem liściastym, suchym, sezonowanym przez rok albo dwa. Wtedy w kanałach osadza się mniej sadzy, a kafle grzeją równo. Zdun ma klientów, u których przez trzydzieści lat nikt nie zaglądał do środka, i wtedy rozbiórka zaczyna się od wiader sadzy.
Pierwszy ogień dopiero za kilka tygodni
Najdłuższa część roboty zaczyna się, kiedy zdun już wyjedzie. Glina w piecu musi wyschnąć. Gdyby od razu napalić porządnie, woda zaczęłaby uciekać za szybko, a kafle i spoiny by popękały. Dlatego przez pierwsze tygodnie pali się mało i krótko: garść drobnego drewna, kilka gazet, jakby piec dopiero uczył się ognia. Usłyszałam, że u niego to zwykle dwa, trzy tygodnie, zależnie od tego, jak wilgotny jest dom i ile było gliny.
Przed wyjazdem zdun zostawia właścicielom kartkę, pisaną drukowanymi literami. Pierwszy tydzień: małe ognie, raz dziennie. Drugi tydzień: trochę więcej drewna. Nie zamykać szczelnie drzwiczek, póki piec paruje. Jeśli na kaflach pojawią się wilgotne plamy, to dobrze, znaczy, że schnie. Jeśli pojawi się rysa na spoinie, dzwonić. Widziałam taką kartkę przyklejoną taśmą do ściany obok pieca, z poprzedniego zlecenia u sąsiadów, do których poszliśmy w południe po pożyczoną drabinę. Wisiała tam od trzech lat i nikt jej nie zdjął.
Dlatego rozbiera i stawia piece wiosną i latem. Jesienią ludzie zaczynają marznąć i nie chcą czekać. Zimą nikt nie da sobie zabrać jedynego źródła ciepła w domu.
Pod wieczór, kiedy zbierałam się do auta, zadałam drugie pytanie. Gdyby uczył się zawodu od nowa, co zrobiłby inaczej? Długo zawijał drut na kombinerkach.
„Dłużej bym stał przy starym majstrze. Ja odszedłem za wcześnie, bo mi się wydawało, że już umiem.”
Wracałam przez Opatów i Radom, z kurzem z gliny na spodniach, którego nie dało się strzepać. Ścisnęłam w kieszeni kawałek kafla, który zdun dał mi „na pamiątkę, bo i tak pęknięty”. Leży teraz na parapecie w kuchni, obok doniczki z bazylią.
Kafle leżały na podłodze w pokoju od podwórza, ułożone rzędami na starych gazetach. Każdy miał na odwrocie numer napisany kredą: litera ściany i cyfra rzędu. Zielone, szkliwione, z delikatnym wzorem przy krawędzi. Było wpół do dziewiątej rano, za oknem kwitły sady, a zdun klęczał przy fundamencie z poziomicą i nie odezwał się, dopóki nie skończył.