Prosto do zapisków

zapiski z rozmów z ludźmi, którzy coś robią

Zapiski z rozmowy

Weterynarz od dużych zwierząt ma w bagażniku wszystko poza czasem

okolice Siedlec 4 min czytania zapisała Celina

Otwarty bagażnik samochodu pełen sprzętu

Lekarz weterynarii spod Siedlec jeździ od obory do obory autem, którego bagażnik jest małą przychodnią. Przejechałam z nim jeden sierpniowy dzień: siedem wizyt, sto czterdzieści kilometrów i jeden telefon, który przestawił wszystko.

Bagażnik był otwarty już o szóstej, na podwórku gospodarstwa pod Siedlcami, i pierwsze, co zobaczyłam, to nie lekarz, tylko szuflady. Wysuwane, z plastiku, opisane flamastrem: leki, strzykawki, rękawice, nici, płyny. Obok przenośna lodówka podłączona do gniazdka w aucie i wiadro z płynem do dezynfekcji. Sam weterynarz był w oborze, po łokieć w krowie.

Przyjechałam do Siedlec dzień wcześniej, ponad trzysta kilometrów z Torunia, i spałam w pensjonacie przy wylotówce. O wpół do szóstej odebrał mnie spod drzwi. Zastrzegł, że plan dnia jest orientacyjny.

Szuflada z wapniem

Pierwsza wizyta: krowa dzień po wycieleniu, która nie mogła wstać. Gospodarz czekał przy niej od czwartej. Weterynarz popatrzył, posłuchał, dotknął uszu i powiedział jedno słowo, które potem słyszałam jeszcze dwa razy tego dnia: wapń.

Krowa po porodzie oddaje go nagle bardzo dużo do mleka i jeśli organizm nie nadąży, mięśnie przestają pracować. To się nazywa porażenie poporodowe. Leczy się kroplówką z wapniem, podawaną powoli do żyły, ze stetoskopem przy sercu, bo za szybko podany wapń potrafi to serce zatrzymać.

Trwało to może dwadzieścia minut. Po kolejnych dwudziestu krowa podjęła pierwszą próbę wstania. Druga się udała. Gospodarz nic nie powiedział, tylko poszedł zrobić herbatę.

„Pół mojej roboty to wapń i cierpliwość. Druga połowa to jeżdżenie.”

weterynarz spod Siedlec

Między gospodarstwami

Okolice Siedlec to dużo gospodarstw mlecznych, od kilkunastu krów do kilkuset. Jeździliśmy po drogach, które nawigacja zna tylko z grubsza, i weterynarz rozmawiał przez zestaw głośnomówiący prawie bez przerwy. Ktoś pytał o dawkę, ktoś o termin szczepienia, ktoś chciał, żeby przyjechał „jak będzie przejeżdżał”.

Mówi, że lekarzy od dużych zwierząt jest coraz mniej. Młodzi wybierają gabinety z psami i kotami w mieście: praca w budynku, stałe godziny, nikt nie dzwoni o trzeciej w nocy w lutym. Rozumie ich. Sam, jak mówi, nie umiałby siedzieć w gabinecie.

W przerwie między wizytami zjedliśmy kanapki na poboczu, z bagażnika, oczywiście. Pokazał mi przy okazji, jak go ułożył: z lewej rzeczy na wycielenia i porody, z prawej leki, w środku to, czego używa codziennie. Kombinezony i ochraniacze w osobnym pudle, odciętym od reszty. Mówi, że szuflady opisał flamastrem po tym, jak raz w nocy szukał przy latarce nici chirurgicznych przez dziesięć minut, a krowa czekała.

Trawieniec, czyli kawałek układanki

Trzecia wizyta była dłuższa. Krowa po wycieleniu jadła mało i dawała mało mleka. Weterynarz przyłożył stetoskop do jej lewego boku i jednocześnie pstrykał palcem w skórę. Kazał mi posłuchać. Usłyszałam dźwięk jak od uderzenia w metalową beczkę.

To był przemieszczony trawieniec, czyli żołądek, który zamiast leżeć na swoim miejscu, przesunął się i wypełnił gazem. Zdarza się po porodzie, kiedy w brzuchu nagle robi się miejsce. Operował krowę na stojąco, w znieczuleniu miejscowym, przez nacięcie w boku. Trwało to około godziny. Ja stałam w drzwiach obory i notowałam, odwracając wzrok w odpowiednich momentach.

Krowy w oborze w porannym świetle
Krowy w oborze w porannym świetle

Telefon o 13:20

O 13:20 zadzwonił gospodarz spod Mordów, że jałówka rodzi od rana i nic się nie dzieje. Wszystko inne poszło na później. Jechaliśmy dwadzieścia minut, a weterynarz po drodze opowiadał mi, czego się spodziewa, w tej samej kolejności, w jakiej potem rzeczywiście to zrobił.

Cielę leżało źle. Udało się je odwrócić i wyciągnąć przy pomocy łańcuszków porodowych i gospodarza. Żyło. Pierwsze, co zrobił weterynarz, to oczyścił mu nozdrza słomką. Drugie, sprawdził, czy matka nie potrzebuje wapnia.

Kombinezon przy chlewni

Przedostatnia wizyta była w gospodarstwie, w którym oprócz krów są świnie. Tu wszystko zwolniło. Weterynarz zostawił auto za bramą, założył jednorazowy kombinezon, ochraniacze na buty i nowe rękawice, a przy wyjściu wszystko zdjął i wyrzucił do worka. Na Mazowszu wschodnim od lat krąży afrykański pomór świń i przenieść go można na butach, na kołach, na rękach.

Mnie do chlewni nie wpuścił. Czekałam przy aucie i patrzyłam na mapę wirusa, którą pokazał mi w telefonie. Nie wyglądała dobrze.

Co się psuje najczęściej

Auto, odpowiedział bez namysłu. Robi rocznie po kilkadziesiąt tysięcy kilometrów po drogach, które nie zawsze są drogami, i to jest jego jedyna maszyna, bez której nie pracuje. Ma drugie, starsze, na wypadek awarii. Zawieszenie wymienia częściej, niż chciałby.

Gdyby zaczynał jeszcze raz, od początku wziąłby wspólnika. Teraz wszystkie noce i weekendy spadają na niego, a technik na pół etatu nie zastąpi drugiego lekarza.

Wróciliśmy do Siedlec przed dziewiętnastą. Telefon zadzwonił jeszcze dwa razy, zanim zdążyłam wysiąść. Za drugim razem zawrócił.

Zapisała Celina, Toruń. Rozmówcy bez nazwisk i twarzy, miejsca bez adresów. Nagranie z dyktafonu skasowane po napisaniu tych zapisków.