Prosto do zapisków

zapiski z rozmów z ludźmi, którzy coś robią

Zapiski z rozmowy

Żelazo mówi kolorem. Dzień w kuźni pod Częstochową

okolice Częstochowy 4 min czytania zapisała Celina

Młot nad rozgrzanym żelazem na kowadle

W kuźni pod Częstochową nie ma termometru przy palenisku. Kowal patrzy na kolor stali i wie, czy jeszcze może kuć, czy już musi przestać. Spędziłam u niego dzień i próbowałam nauczyć się tych kolorów. Nauczyłam się dwóch.

Kuźnia pod Częstochową stoi w ceglanym budynku za domem, z drzwiami od strony pola, i w środku jest ciemniej, niż się spodziewałam. Przyjechałam o siódmej, w słoneczny sierpniowy ranek, i przez pierwsze kilka minut nie widziałam nic poza czerwonym punktem paleniska. Kowal powiedział, że tak ma być. W jasnej kuźni nie widać kolorów.

Wyjechałam z Torunia przed czwartą. Do Częstochowy jest niecałe trzysta kilometrów, z czego większość autostradą, więc blaszak miał lekki dzień, a ja ciężki, bo po drodze wypiłam cały termos.

Ciemno, żeby było widać

Kowal tłumaczył mi to tak: kolor żarzącej się stali zależy od jej temperatury i jest jedynym termometrem, jakiego używa. Ale ten sam kawałek metalu w słońcu wygląda na zimniejszy, niż jest. Dlatego okna są małe i zakurzone, a lampa nad kowadłem wisi trochę z boku.

Sprawdziłam potem w tabelach. Ciemnowiśniowy to mniej więcej siedemset stopni, jasnowiśniowy około ośmiuset kilkudziesięciu, pomarańczowy około tysiąca, a jasnożółty ponad tysiąc sto. On nie mówi w stopniach. Mówi w kolorach i w odgłosach.

Pomarańczowy, żółty

Pierwsza robota tego dnia to były elementy balustrady do domu pod Kłobuckiem. Pręty kwadratowe, które trzeba było rozklepać na końcu w liść i zawinąć. Kowal wkładał pręt do paleniska, dmuchawa szumiała, węgiel w środku robił się jasny, prawie biały.

Wyjmował stal, kiedy była pomarańczowo-żółta. Wtedy jest miękka jak plastelina, mówi, i młot robi swoje. Najpierw ręczny, potem przy większych kawałkach młot mechaniczny, który stoi w kącie i przy każdym uderzeniu przenosi drżenie przez podłogę aż do moich butów.

„Kujesz, dopóki stal ci pozwala. Jak ściemnieje, nie dyskutuj, tylko do ognia.”

kowal spod Częstochowy

Wiśniowy to sygnał

To był pierwszy kolor, który rozpoznałam. Pręt na kowadle zmieniał się z pomarańczowego w ciemną czerwień w ciągu kilkunastu sekund, a kowal w tym samym momencie odkładał młotek. Kucie zbyt zimnej stali to proszenie się o pęknięcia, których nie widać od razu. Wyjdą za rok, w balustradzie, na której ktoś się oprze.

Zapytałam, jak długo uczył się kolorów. Powiedział, że pierwszego tygodnia nauczył się, kiedy przestać. Kiedy zaczynać, uczył się kilka lat.

Rozżarzone węgle w palenisku kuźni
Rozżarzone węgle w palenisku kuźni

Biały to za późno

Drugi kolor, który zapamiętałam, pokazał mi celowo. Wsadził do ognia cienki kawałek pręta i zostawił go na dłużej. Po chwili stal zrobiła się prawie biała i zaczęła sypać iskrami, jak zimne ognie. To jest spalenie: metal w tej temperaturze łączy się z tlenem i traci swoje właściwości. Takiego kawałka już się nie uratuje, idzie do złomu.

Kowal mówi, że w pierwszych latach spalił w ten sposób więcej stali, niż chciałby przyznać. Ojciec nic nie mówił, tylko kładł spalone kawałki na parapecie, w rzędzie. Rząd był długi.

Palenisko jest na węgiel kowalski, drobny, który przy rozpalaniu dymi tak, że przez pierwsze pół godziny w kuźni szczypią oczy. Ma też piec gazowy, nowszy, do większych serii. Mówi, że na gazie jest czyściej i szybciej, ale w węglu lepiej czuje, gdzie stal jest najgorętsza, bo może ją przesunąć w żarze o kilka centymetrów.

Słomkowy i niebieski

Po południu kowal robił dłuto do drewna dla stolarza z sąsiedniej wsi. Tu kolory są inne, bo to już nie kucie, tylko hartowanie i odpuszczanie. Stal rozgrzana i gwałtownie schłodzona w oleju robi się twarda, ale krucha. Żeby nie pękła przy pierwszym uderzeniu, podgrzewa się ją jeszcze raz, delikatnie, i patrzy na barwy, które wychodzą na wypolerowanej powierzchni.

Słomkowa, złocista to około dwustu dwudziestu stopni. Potem brązowa, purpurowa, niebieska przy niecałych trzystu. Na ostrze dłuta wystarczy słomkowy. Kowal trzymał narzędzie nad paleniskiem i obserwował, jak kolor wędruje wzdłuż metalu jak plama atramentu na bibule. Potem jednym ruchem do wody.

Co się psuje najczęściej

Ręce, odpowiedział. Nadgarstki i łokcie, od lat uderzeń. Ma opaskę na prawym nadgarstku i nosi ją od kilku lat. Z maszyn najczęściej psuje się dmuchawa do paleniska, prosta rzecz, ale bez niej ogień nie dochodzi do temperatury.

Klienci, mówi, dzwonią i pytają, ile kosztuje metr balustrady. Nie umie na to odpowiedzieć przez telefon, bo metr prostych prętów i metr z liśćmi to dwie różne roboty. Kiedy mówi, że musi przyjechać i zobaczyć, część klientów się rozłącza. Zostają ci, którzy wiedzą, czego chcą.

Gdyby zaczynał jeszcze raz, od pierwszego dnia nosiłby ochronniki słuchu. To drugi rozmówca tego lata, który żałuje tego samego; tydzień wcześniej słyszałam to za kulisami we Wrocławiu.

Wyjeżdżałam o wpół do piątej, z kurtką pachnącą dymem tak mocno, że Stefan wieczorem zapytał, czy paliłam ognisko.

Zapisała Celina, Toruń. Rozmówcy bez nazwisk i twarzy, miejsca bez adresów. Nagranie z dyktafonu skasowane po napisaniu tych zapisków.