Zapiski z rozmowy
Zanim wpuszczą publiczność: popołudnie z ekipą techniczną sali koncertowej we Wrocławiu

O jedenastej scena była pustą podłogą, o dziewiętnastej weszło na salę kilkaset osób. Przez osiem godzin pomiędzy patrzyłam, jak ekipa techniczna sali koncertowej we Wrocławiu wiesza światła, rozkłada kable i sprawdza każdy mikrofon po kilka razy.
O jedenastej pod rampą rozładunkową stał bus z przyczepą i nikt nie mówił „dzień dobry”, tylko „uwaga, plecy”. Kierownik techniczny sali, który zgodził się, żebym siedziała z nimi do końca dnia, przywitał się ze mną skinieniem głowy, bo w rękach trzymał róg skrzyni na kółkach. Takie skrzynie nazywają się case'y i przez następne dwie godziny wjeżdżało ich na scenę kilkadziesiąt.
Do Wrocławia jest z Torunia około trzystu kilometrów. Przyjechałam rano, a spać miałam u znajomej z czasów hurtowni, która przeprowadziła się tu dziesięć lat temu i od tamtej pory pyta, kiedy wreszcie przyjadę. Przyjechałam, ale do niej dotarłam po północy.
Podłoga, potem sufit
Najpierw rzeczy ciężkie i nisko: podesty, wzmacniacze, perkusja w częściach. Potem rzeczy w górze. Nad sceną wisi konstrukcja z kratownic, na której zawiesza się reflektory i głośniki. Opuszcza się ją na wciągnikach łańcuchowych, montuje sprzęt na wysokości pasa i podnosi z powrotem. Kiedy kratownica jedzie w górę, wszyscy schodzą ze sceny i jest cicho. Tylko silniki brzęczą.
Kierownik mówi, że to jedyny moment w ciągu dnia, kiedy nie odpowiada na telefon. Pod wiszącym ciężarem nikt nie stoi, nawet na sekundę, i to jest zasada, z której nie ma żartów.
„Na scenie wszystko można poprawić. Tego, co spadnie z góry, poprawić się nie da.”
Zapisuję to na marginesie. Słyszałam podobne zdanie kiedyś w zakładzie mięsnym, o nożach.
Kable mają swoją kolejność
Między pierwszą a trzecią po południu scena wyglądała jak warsztat. Kable szły w wiązkach, każdy oklejony taśmą z opisem, wszystkie do jednej skrzynki, z której gruby przewód biegnie do realizatora na środku sali. Technik od monitorów, czyli głośników, w których muzycy słyszą sami siebie, rozstawiał je przy każdym stanowisku i mierzył kroki od krawędzi sceny.
Pytałam, czemu kroki. Bo na następnej sali wszystko trzeba będzie postawić tak samo, a taśma miernicza zawsze ginie. Kroki zostają.
Zespół przyjechał z własnymi ludźmi: realizator dźwięku, oświetleniowiec, dwóch techników od instrumentów. Ekipa sali zna budynek, ekipa zespołu zna swój sprzęt. Przez pierwszą godzinę obie strony badały się nawzajem, potem zaczęły pożyczać sobie taśmę. To był znak, że jest dobrze.
Ekipa sali to sześć osób na etatach i kilku ludzi dorywczo, kiedy koncert jest większy. Kierownik mówi, że w sezonie jesienno-zimowym pracują po sześć dni w tygodniu, a latem trochę oddychają. Ale tylko trochę, bo latem robi się przeglądy sprzętu, wymienia kable i maluje podłogę sceny na czarno. Farba schnie dwa dni i przez te dwa dni nikt nie wchodzi na scenę, nawet on.

Próba, czyli godzina tego samego dźwięku
O wpół do czwartej zaczęła się próba dźwięku. Najpierw stopa perkusji, sto razy. Potem werbel, sto razy. Potem każdy mikrofon osobno, potem wszystko razem, potem znowu stopa. Siedziałam w trzecim rzędzie z notesem i po dwudziestu minutach dostałam od kierownika zatyczki do uszu, bez słowa.
Słuch to w tej pracy narzędzie, a jednocześnie rzecz, którą najłatwiej stracić. Każdy w ekipie ma zatyczki w kieszeni. Niektórzy mają takie robione na miarę, z filtrem, który ścisza, ale nie zniekształca.
Realizator zespołu chodził po sali i słuchał z różnych miejsc: z balkonu, spod ściany, z ostatniego rzędu. Mówi, że sala pełna ludzi brzmi inaczej niż pusta, bo ludzie i ubrania pochłaniają dźwięk, więc próbę ustawia się trochę na wyrost.
Godzina przed
O osiemnastej nastąpiło coś, czego się nie spodziewałam: cisza. Wszyscy zjedli kanapki, ktoś zdrzemnął się na skrzyni. Kierownik obszedł scenę z latarką i sprawdził, czy kable nie leżą w przejściach, czy wyjścia ewakuacyjne są wolne i świecą. Potem jeszcze raz.
O dziewiętnastej otworzono drzwi i na salę weszło kilkaset osób. Patrzyłam na to z boku sceny, zza kulisy, i po raz pierwszy zobaczyłam, jak bardzo te osiem godzin jest niewidoczne. Nikt z publiczności nie patrzył w górę na kratownice.
Co się psuje najczęściej
Kable, a dokładniej wtyczki na ich końcach. Kabel można zwinąć tysiąc razy, ale w końcu pęka przewód tuż przy wtyczce i zaczyna trzeszczeć. Dlatego obok konsolety leży skrzynka z zapasowymi i lutownica. Kierownik mówi, że najgorsze są te, które trzeszczą tylko czasem.
Co by zrobił inaczej, gdyby zaczynał jeszcze raz? Odpowiedział, że wcześniej zacząłby nosić zatyczki. Przez pierwsze lata uważał je za przesadę. Teraz na jedno ucho słyszy trochę gorzej.
Demontaż zaczął się kwadrans po ostatnim bisie i szedł szybciej niż montaż. O 23:40 bus z przyczepą odjechał spod rampy, a scena znów była podłogą.
O jedenastej pod rampą rozładunkową stał bus z przyczepą i nikt nie mówił „dzień dobry”, tylko „uwaga, plecy”. Kierownik techniczny sali, który zgodził się, żebym siedziała z nimi do końca dnia, przywitał się ze mną skinieniem głowy, bo w rękach trzymał róg skrzyni na kółkach. Takie skrzynie nazywają się case'y i przez następne dwie godziny wjeżdżało ich na scenę kilkadziesiąt.