Prosto do zapisków

zapiski z rozmów z ludźmi, którzy coś robią

Zapiski z rozmowy

Szewc z Lublina mówi, że buty umierają od obcasa

Lublin 4 min czytania zapisała Celina

Dłonie przy pracy nad butem w warsztacie szewskim

Mały zakład szewski w lubelskiej kamienicy, półka z butami czekającymi na odbiór i szewc, który po obcasie poznaje, jak ktoś chodzi. Siedziałam u niego cały dzień i liczyłam pary.

Na półce za ladą stało czterdzieści jeden par butów. Policzyłam je, zanim szewc zdążył się ze mną przywitać, bo akurat rozmawiał z klientką o kozakach, które chciała mieć gotowe na październik. Każda para miała przypiętą karteczkę z numerem, a sznurowadła niektórych były związane razem, żeby się nie rozdzieliły. Pachniało klejem, skórą i trochę kawą z ekspresu przelewowego, który stał na szafce z kopytami.

Z Torunia do Lublina jest niecałe czterysta kilometrów. Przyjechałam w środę wieczorem i spałam w pokoju gościnnym niedaleko Starego Miasta, w kamienicy, która miała schody jak moja, drewniane i skrzypiące na każdym stopniu.

Kopyto, szydło, młotek

Szewc pracuje w zawodzie od ponad trzydziestu lat. Uczył się u starszego mistrza w małym mieście pod Lublinem, a zakład w kamienicy prowadzi od kilkunastu. Kopyto to drewniany albo plastikowy kształt stopy, na który naciąga się but przy naprawie. Ma ich kilkadziesiąt, na półce, w różnych rozmiarach, część odziedziczona po mistrzu.

Stół roboczy jest pocięty nożem w setkach miejsc. Na nim szydło, młotki, nożyki, pędzle do kleju, kawałki gumy i skóry. Za plecami maszyna do szycia podeszew i szlifierka z kilkoma tarczami, która hałasuje jak mała hala.

Dlaczego od obcasa

Zapytałam o tytułowe zdanie, które usłyszałam od niego już przez telefon. Szewc wziął z półki męski but ze zdartym flekiem, do samego obcasa, krzywo, z jednej strony.

„Pani zobaczy. Obcas zjedzony, to cały but chodzi krzywo, a potem pęka cholewka.”

szewc z Lublina

Flek to cienka warstwa gumy albo tworzywa na spodzie obcasa, która ściera się pierwsza. Jeśli wymieni się go na czas, obcas zostaje cały. Jeśli ktoś chodzi na zdartym, ściera się sam obcas, stopa przechyla się przy każdym kroku, cholewka wygina się w miejscu, w którym nie powinna, a skóra pęka. Szewc mówi, że połowa butów, które ludzie przynoszą do wyrzucenia, dałaby się uratować, gdyby przyszły dwa miesiące wcześniej.

Dłonie docinają skórę na podeszwę
Dłonie docinają skórę na podeszwę

Fleki, podeszwy, paski i jeden zamek

Pytanie o to, co się psuje najczęściej, ma u szewca sens dosłowny. Lista z jednego dnia, z mojego notesu:

  • fleki w butach damskich i męskich: najczęściej,
  • odklejone podeszwy w butach sportowych i letnich,
  • zelowanie, czyli podklejenie cienkiej gumy na skórzaną podeszwę, żeby się nie ścierała i nie ślizgała,
  • paski w sandałach, oderwane przy klamrze,
  • zamek w kozakach, przyniesiony w lipcu, „bo jesienią będzie kolejka”.

Ceny podawał mi bez oporów, ale z zastrzeżeniem, że zależą od buta. Usłyszałam, że za fleki w damskich butach bierze kilkadziesiąt złotych, w męskich trochę więcej, a zelowanie kosztuje mniej więcej dwa razy tyle co fleki. Mówi, że ludzie krzywią się przy cenie, a potem przypominają sobie, ile kosztowały nowe buty.

Między klientami szewc pokazał mi szafkę z materiałami. Płyty gumy w kilku grubościach, z których wycina fleki i podeszwy, arkusze skóry, puszki z klejem, pasty do butów we wszystkich kolorach, nawet zielonym. Usłyszałam, że klej to sprawa najważniejsza i najbardziej kapryśna: w zimnym zakładzie nie trzyma, w upale schnie za szybko. Dlatego latem otwiera okno na podwórko, a zimą grzeje pomieszczenie farelką przed klejeniem.

Lipiec to sandały

Tego dnia przez drzwi przeszły dwadzieścia trzy pary do naprawy. Dziewiętnaście par zostało odebranych. Liczyłam kreskami w notesie, piątkami, jak w hurtowni przy inwentaryzacji. Latem najwięcej przychodzi sandałów i lekkich butów na lato, które rozklejają się od gorąca i wody. Jesienią kozaki i trzewiki. Zimą prawie nic się nie odbiera, bo ludzie chodzą w jednej parze i nie mają w czym przyjść.

Najdłużej zajęło mu przyszycie nowej podeszwy do męskich półbutów. Robił to ręcznie, dratwą, czyli grubą, woskowaną nicią, przekłuwając skórę szydłem i przeciągając nić dwiema igłami naraz. Ręce pracowały szybko, a on w tym czasie opowiadał o synu, który poszedł do informatyki, i o tym, że nie ma komu zostawić zakładu.

„Uczniów nie ma. Przychodzą tylko ludzie z butami.”

Lokal na parterze

Pod koniec dnia zadałam drugie pytanie: co by zrobił inaczej, gdyby zaczynał jeszcze raz. Długo wycierał ręce w fartuch. „Od razu wziąłbym lokal na parterze, z oknem na ulicę - powiedział w końcu. - Pół życia ludzie szukali mnie po podwórkach.”

Przyniosłam mu ze sobą swoje buty, czarne trzewiki, w których jeżdżę na rozmowy. Pokręcił głową, obejrzał obcasy, popatrzył na mnie znad okularów i powiedział, że chodzę na zewnętrzną krawędź, prawą nogą bardziej. Wymienił fleki w kwadrans. Wracałam do Torunia w nich, z poczuciem, że ktoś przeczytał mnie z podeszwy.

Zapisała Celina, Toruń. Rozmówcy bez nazwisk i twarzy, miejsca bez adresów. Nagranie z dyktafonu skasowane po napisaniu tych zapisków.