Zapiski z rozmowy
Wesele w sobotę, namiot od czwartku

Pięć osób, jedna ciężarówka i łąka za domem panny młodej. Zanim ktokolwiek zatańczy, ekipa od namiotów musi postawić konstrukcję, wypoziomować podłogę i sprawdzić prognozę wiatru kilkanaście razy.
O siódmej rano na łące stała tylko ciężarówka z naczepą i pięć osób z kubkami. Trawa była skoszona dzień wcześniej, równo, jak boisko, a w rogu leżała kupka siana, której nikt nie zdążył zabrać. Szef ekipy, który stawia namioty od kilkunastu lat, chodził po łące z miarą zwijaną i palikami. Wbijał je w ziemię co kilka metrów i nie mówił nic, dopóki nie wbił ostatniego.
Pod Gorzów Wielkopolski z Torunia jest około dwustu pięćdziesięciu kilometrów, przez Bydgoszcz i Piłę. Wyjechałam przed czwartą. W czerwcu o tej porze jest już jasno, a na drogach tylko ciężarówki i sarny.
Czwartek, czyli szkielet
Namiot miał dziesięć metrów na trzydzieści. Usłyszałam, że na wesele na sto dwadzieścia osób to w sam raz: stoły, parkiet, miejsce dla zespołu i przejście dla kelnerów. Konstrukcja jest z aluminium: słupy, kratownice dachowe, łączniki. Każdy element przyjechał na naczepie, poukładany w kolejności, w jakiej będzie potrzebny.
Najpierw składa się na ziemi ramy dachowe, czyli trójkąty, które potem będą trzymać dach. Pięć osób skręcało je śrubami bez słowa. Każdy wiedział, co robi następny. Szef uprzedził mnie, że porozmawiamy dopiero przy rozbieraniu, bo przy stawianiu się liczy.
Potem pierwsza rama w górę. Dwie osoby przy słupach, dwie na linach, szef pośrodku. Kiedy stanęła, wbili szpilki, czyli długie stalowe pręty, które trzymają stopy słupów w gruncie. Do tego liny odciągowe na boki. Usłyszałam, że na łące zwykle wystarczają szpilki, ale na asfalcie albo kostce trzeba zamiast nich stawiać ciężkie obciążniki, bo nie można wiercić w podłożu.
Dach z tej samej tkaniny co plandeki
Około jedenastej przyszła kolej na dach. Białe pasy tkaniny wsuwa się w szyny w kratownicach i przeciąga od jednego końca do drugiego. Dwie osoby ciągnęły, jedna podawała z naczepy. Tkanina była ciężka i szorstka i od razu ją poznałam. To ten sam materiał, z którego robi się plandeki: poliester powlekany PVC. Kilka tygodni temu oglądałam, jak się go zgrzewa w pracowni pod Kaliszem, i teraz patrzyłam, jak zgrzane szwy wiszą kilka metrów nad ziemią.
Szef ekipy zapytał, czy wiem, co się psuje najczęściej. Odpowiedziałam, że to moje pytanie. Zaśmiał się i odpowiedział od razu: zamki w bokach i szyny w kratownicach, które ktoś przy rozładunku zgniótł wózkiem.

Podłoga, która musi być równa
Po obiedzie, który przywiozła mama panny młodej w garnkach owiniętych ręcznikami, zaczęli podłogę. Łąka tylko wygląda na płaską. W rzeczywistości z jednej strony opadała w stronę rowu o kilkanaście centymetrów. Pod drewniane płyty podkładali regulowane stopki i co kilka metrów sprawdzali poziomicą.
„Krzywy parkiet zobaczy pani dopiero o drugiej w nocy, jak ktoś się przewróci.”
Podłogę układali do szóstej. Przy niej było najwięcej przekleństw, które oczywiście nie trafiły do notesu.
Najmłodszy w ekipie ma dziewiętnaście lat i pracuje drugi sezon, w wakacje, między latami w technikum. Najstarszy jest po sześćdziesiątce i stawia namioty od początku, odkąd szef kupił pierwszą konstrukcję. Rozmawiali ze sobą jak ojciec z synem, choć nie są rodziną. Starszy pokazywał młodszemu, jak trzymać płytę, żeby nie zedrzeć sobie skóry z palców, i jak podnosić kolanami, nie plecami.
Prognoza sprawdzana jak różaniec
Przez cały dzień szef co jakiś czas wyciągał telefon i patrzył na prognozę wiatru. Mówi, że zaczyna ją śledzić od wtorku. Najgorsze są burze z silnymi porywami, bo przychodzą nagle. Usłyszałam, że przy bardzo mocnym wietrze nie ma dyskusji: ludzi wyprowadza się z namiotu, nawet w środku pierwszego tańca, i właśnie dlatego ekipa zostawia parze młodej numer telefonu dyżurnego na całą noc.
Na ten weekend prognoza była spokojna. Ciepło, w sobotę po południu przelotny deszcz. Szef pokiwał głową i powiedział, że deszcz to nic, deszcz spłynie po dachu. Gorzej z błotem przy wejściu, więc w piątek przywiozą jeszcze maty na trawę.
Piątek, sobota, poniedziałek
W piątek mieli wrócić z bokami z oknami, oświetleniem i tymi matami. W sobotę ekipa ma wolne, ale telefon dyżurny jest włączony. W poniedziałek rozbiórka, która idzie dwa razy szybciej niż stawianie.
Zadałam drugie pytanie przy naczepie, kiedy zbierali narzędzia: co by zrobił inaczej, gdyby zaczynał jeszcze raz. „Od razu kupiłbym porządny wózek do rozładunku - powiedział. - Ręce mam jedne.”
Zadzwoniłam do niego w poniedziałek. Wesele się udało, deszcz padał pół godziny, a w nocy z soboty na niedzielę ktoś zgubił w trawie obrączkę. Znaleźli ją przy rozbieraniu podłogi, pod trzecią płytą od parkietu.
O siódmej rano na łące stała tylko ciężarówka z naczepą i pięć osób z kubkami. Trawa była skoszona dzień wcześniej, równo, jak boisko, a w rogu leżała kupka siana, której nikt nie zdążył zabrać. Szef ekipy, który stawia namioty od kilkunastu lat, chodził po łące z miarą zwijaną i palikami. Wbijał je w ziemię co kilka metrów i nie mówił nic, dopóki nie wbił ostatniego.