Zapiski z rozmowy
Pierwszy dzień żniw na Żuławach: kombajn czeka, aż zejdzie rosa

Kombajn stał gotowy od szóstej rano, a ruszył w pole po jedenastej. Pierwszy dzień żniw na Żuławach to głównie czekanie: na słońce, na wiatr i na to, co pokaże wilgotnościomierz.
O szóstej rano kombajn stał na podwórzu umyty, z nasmarowanymi łańcuchami i pełnym bakiem. Rolnik, który prowadzi gospodarstwo pod Nowym Dworem Gdańskim razem z bratem, obszedł go dwa razy dookoła, kopnął w oponę i poszedł zrobić herbatę. Nad polami wisiała mgła, a trawa przy drodze była mokra, jakby w nocy padało. Nie padało. To była rosa.
Z Torunia na Żuławy jest około dwustu kilometrów, autostradą prawie do samego Gdańska, a potem w bok, przez most na Wiśle. Wyjechałam przed czwartą, żeby zdążyć na start. Start nastąpił siedem godzin później.
Ziemia niżej niż morze
Najpierw pojechaliśmy pikapem obejrzeć pola. Żuławy są płaskie jak stół, a część z nich leży poniżej poziomu morza. Usłyszałam, że gdyby nie rowy i pompownie, które przez cały rok wypompowują wodę do rzek i kanałów, połowa tych pól byłaby bagnem. Przy niektórych działkach poziom wody w rowie był wyżej niż ziemia po drugiej stronie drogi. Wyglądało to tak, jakby ktoś postawił świat do góry nogami i zapomniał odwrócić.
Ziemia jest tu ciężka i żyzna, z namułów rzecznych, które Wisła nanosiła przez stulecia. W deszczowe lata ciężki sprzęt grzęźnie w niej po osie. Rolnik mówi, że w tym roku jęczmień dojrzał kilka dni wcześniej niż zwykle i że lepiej zacząć, zanim przyjdzie deszcz.
Rosa i wilgotnościomierz
Jęczmień ozimy, czyli siany jesienią, dojrzewa jako pierwszy. Kłosy były złote i pochylone, ziarno twarde. Mimo to rano kombajn nie mógł wjechać. Mokre od rosy kłosy zapychają maszynę, a ziarno ma za dużo wody.
Rolnik nosi w kieszeni wilgotnościomierz, małe urządzenie, do którego wsypuje się garść ziarna i po chwili na ekranie pojawia się wynik w procentach. O ósmej pokazał osiemnaście. O dziesiątej szesnaście i pół.
„Skup chce czternaście i pół. Każdy procent wyżej to albo suszarnia, albo potrącenie.”
Usłyszałam, że ziarno zebrane zbyt mokre trzeba suszyć, a to kosztuje, albo skup obniży za nie cenę. Dlatego czeka się na słońce i na wiatr, który osusza kłosy szybciej niż samo ciepło.

11:20, ruszyli
Kiedy wilgotnościomierz pokazał piętnaście, brat rolnika wsiadł do kombajnu. Rolnik siedział w ciągniku z przyczepą i jechał obok. Kombajn zbiera, młóci i trzyma ziarno w zbiorniku. Kiedy zbiornik jest pełny, wysuwa się rura i ziarno sypie się do przyczepy, nie przerywając jazdy. Dwie maszyny jadą wtedy obok siebie jak w tańcu, w odległości kilku metrów, a kurz złotego koloru wisi w powietrzu.
Pozwolili mi przejechać jedną nawrotkę w kabinie kombajnu. Klimatyzacja, monitor, kamery. Na ekranie mapa pola z zaznaczonymi miejscami, gdzie plon jest wyższy, a gdzie niższy. Z kabiny wszystko wygląda spokojnie. Na dole kurz, hałas i plewy we włosach.
Co się psuje w żniwa
Zapytałam przy przyczepie, co się psuje najczęściej. Rolnik nie zastanawiał się ani sekundy: pasy i łożyska w kombajnie, a w drugiej kolejności ludzie, bo w żniwa wszyscy śpią po cztery godziny. Zapasowe pasy wozi w skrzynce w ciągniku. Kiedyś stracili przez jeden pas cały dzień, bo serwis był na innym polu, sto kilometrów dalej.
Ziarno jechało do skupu kilkanaście kilometrów. Na wadze przed skupem kolejka ciągników zaczęła się koło trzeciej. Każda przyczepa była ważona, z każdej pobierano próbkę i mierzono wilgotność jeszcze raz. Rolnik tłumaczył mi, że w pierwsze dni żniw kolejka jest najkrótsza, bo nie wszyscy już zaczęli.
Obiad przywiozła żona rolnika w termosach i garnkach, prosto na pole: zupa ogórkowa i kotlety, jedzone na stojąco przy przyczepie. Kombajn stał wtedy dwadzieścia minut, nie dłużej. Usłyszałam, że w żniwa nikt w tym domu nie siada do stołu, a niedziela jest dniem jak każdy inny, jeśli tylko jest sucho. Żona prowadzi też papiery: kwity ze skupu, ważenia, faktury za paliwo. W żniwa robi to wieczorami, przy kuchennym stole, kiedy mężczyźni są jeszcze w polu.
Do zmroku, a potem jeszcze trochę
Wieczorem rosa zaczęła wracać. Około dziesiątej wilgotnościomierz pokazał szesnaście i kombajn stanął. Z całego pola została jeszcze jedna trzecia na jutro. Siedzieliśmy na skrzyni przyczepy, a brat rolnika jadł kanapkę jedną ręką, drugą trzymając telefon z prognozą.
Zadałam drugie pytanie, o zaczynanie od nowa. Rolnik odpowiedział, że wcześniej postawiłby własne silosy i nie stał w tej kolejce przed skupem.
Do Torunia wróciłam po pierwszej w nocy. W bucie miałam garść ziarna, które znalazłam dopiero rano. Zostawiłam je w słoiku na parapecie, obok kafla spod Sandomierza i sadzonki pomidora, która rośnie, choć nikt w nią nie wierzył.
O szóstej rano kombajn stał na podwórzu umyty, z nasmarowanymi łańcuchami i pełnym bakiem. Rolnik, który prowadzi gospodarstwo pod Nowym Dworem Gdańskim razem z bratem, obszedł go dwa razy dookoła, kopnął w oponę i poszedł zrobić herbatę. Nad polami wisiała mgła, a trawa przy drodze była mokra, jakby w nocy padało. Nie padało. To była rosa.