Rozmowa tygodnia - zapiski z rozmowy
Sobota w skupie grzybów w Borach Tucholskich

Punkt skupu grzybów pod Tucholą to wiata przy domu, dwie wagi i tablica z cenami pisanymi kredą. Spędziłam tam sobotnie popołudnie i wieczór, od pierwszego kosza do chwili, kiedy po grzyby przyjechało auto chłodnia.
O pierwszej po południu pod wiatą stały już trzy rowery z koszami przywiązanymi do bagażników. Skupująca rozkładała na stole skrzynki, jej mąż wycierał szmatą blat wagi. Na słupie wisiała tablica, na której kredą było napisane, co się dziś bierze i po ile. Pachniało lasem, mokrą ziemią i trochę benzyną, bo ktoś nie zgasił silnika.
Punkt jest we wsi w Borach Tucholskich, pod Tucholą, przy domu, z którego okna widać ścianę sosen. Z Torunia jest tu około stu pięciu kilometrów przez Bydgoszcz. Wyjechałam przed jedenastą, w sobotę, bo skup w tygodniu ożywa dopiero po południu, a w weekend od rana chodzą tu ci, którzy w tygodniu pracują.
Kreda na tablicy
Cena na tablicy nie jest ustalona raz na sezon. Skupująca dzwoni rano do hurtowni, do której sprzedaje, i dopiero wtedy pisze. Tego dnia podgrzybki szły po dwadzieścia kilka złotych za kilogram, prawdziwki wyraźnie drożej, maślaki tanio. O czwartej zadzwonił telefon i cena podgrzybka spadła o dwa złote. Starła cyfrę palcem i napisała nową.
„Jak w lesie jest wysyp, to na tablicy jest susza.”
Tak to działa: kiedy grzybów jest dużo, w całym kraju, hurtownie płacą mniej. W tym roku październik był łaskawy, więc ludzie nosili pełne kosze, a ceny szły w dół. Grzybiarze o tym wiedzą i nikt się nie kłóci, najwyżej ktoś westchnie i zostawi połowę kosza dla siebie.
Kto przychodzi z koszem
Przez popołudnie policzyłam trzydzieści osiem osób. Najwięcej emerytów, część na rowerach, jeden pan z wózkiem po dziecku, w którym wiózł dwa kosze. Małżeństwo z miasta, które przyjeżdża na weekendy do domku. Chłopak, może dwudziestoletni, który zbiera przed pracą na zmianie i oddaje wszystko, nic nie bierze do domu. Kobieta, która przyszła trzy razy, bo za każdym razem wracała do lasu.
Każdy kosz jest przesypywany na stół. Skupująca bierze grzyb do ręki, ogląda kapelusz, naciska trzon, czasem przekraja nożykiem. Robaczywe odkłada na bok, zbyt stare też. Grzybiarz patrzy i rzadko coś mówi. Zapytałam potem, czy ktoś się kłóci. Powiedziała, że raz na tydzień, i zawsze ten sam.
Płaci od ręki, gotówką, z saszetki przy pasku. Każdą wypłatę zapisuje w zeszycie: kilogramy, gatunek, kwota. Emeryt z wózkiem dostał tego dnia za dwa kosze tyle, że od razu powiedział, na co: na opał.

Atest i dwie wagi
Żeby skupować grzyby, punkt musi być zgłoszony w sanepidzie, a ktoś na miejscu musi mieć uprawnienia do oceny grzybów. Ona ma atest klasyfikatora, czyli może oceniać grzyby świeże. Do suszonych potrzebny jest grzyboznawca, z szerszym egzaminem. Każda partia, która wyjeżdża z punktu, ma papier, że grzyby obejrzała osoba z uprawnieniami.
Wagi są dwie, obie z ważną legalizacją, bo waga, na której się sprzedaje, musi być sprawdzana przez urząd miar. Druga stoi w zapasie. Pytam, co się psuje najczęściej. Odpowiedź przyszła od razu: waga. Raz w sezonie zepsuła się w najgorszą sobotę i przez godzinę ważyli na łazienkowej, tylko po to, żeby zapisać, a i tak potem każdy kosz trzeba było przeważyć jeszcze raz. Od tamtej pory jest druga.
Chłodnia po zmroku
Grzyby nie mogą czekać. Mąż skupującej przebiera je do ażurowych skrzynek, prawdziwki osobno, podgrzybki osobno, i ustawia w cieniu, potem w chłodnym pomieszczeniu za garażem. Około wpół do dziewiątej przyjechało auto chłodnia z hurtowni. Kierowca przeliczył skrzynki, coś podpisali, i grzyby pojechały dalej. Skupująca mówi, że część trafi do przetwórni, a część za granicę, ale gdzie dokładnie, tego nie wie i nie pyta.
Po odjeździe chłodni pod wiatą zrobiło się nagle cicho. Ostatni grzybiarz przyszedł jeszcze po dziewiątej, z latarką czołową, i dostał odpowiedź, że już po wszystkim. Odszedł bez słowa, a ona patrzyła za nim chwilę.
Potem jeszcze godzina sprzątania. Stół trzeba zmyć, skrzynki odstawić, a ścinki, ziemię i odrzucone grzyby wywieźć taczką za stodołę, na kompost. Mąż zamiatał wiatę, ona liczyła pieniądze przy kuchennym stole i porównywała z zeszytem. Zgadzało się co do złotówki. Mówi, że nie zawsze tak jest, i że wtedy siedzi do pierwszej.
Gdyby zaczynać jeszcze raz
Zapytałam ją na koniec o drugie stałe pytanie. Powiedziała, że od razu zrobiłaby kurs na grzyboznawcę, a nie tylko klasyfikatora. Wtedy mogłaby skupować też suszone grzyby, a suszone nie muszą jechać tego samego wieczoru. Zimą miałaby z czego żyć, a nie tylko z tego, co da wrzesień i październik.
Do domu wróciłam po północy z reklamówką podgrzybków, które dał mi emeryt z wózkiem. Powiedział, że jak ktoś przyjeżdża aż z Torunia, żeby patrzeć na grzyby, to musi chociaż jednego zjeść. Stefan był na nocce, więc usmażyłam je sama, o pierwszej w nocy, z cebulą. Herbatę z termosu dopiłam zimną.
O pierwszej po południu pod wiatą stały już trzy rowery z koszami przywiązanymi do bagażników. Skupująca rozkładała na stole skrzynki, jej mąż wycierał szmatą blat wagi. Na słupie wisiała tablica, na której kredą było napisane, co się dziś bierze i po ile. Pachniało lasem, mokrą ziemią i trochę benzyną, bo ktoś nie zgasił silnika.