Prosto do zapisków

zapiski z rozmów z ludźmi, którzy coś robią

Zapiski z rozmowy

Jedyny sklep we wsi pod Lidzbarkiem Warmińskim

okolice Lidzbarka Warmińskiego 4 min czytania zapisała Celina

Wiejski sklep z ławką przed wejściem

W wiosce pod Lidzbarkiem Warmińskim jest jeden sklep, jedna ławka przed nim i jedna kobieta, która otwiera go o szóstej. Spędziłam tam sobotnie przedpołudnie i kawałek niedzieli, kiedy za ladą może stać już tylko ona.

Przyjechałam za dziesięć szósta i ławka przed sklepem była już zajęta. Dwóch starszych panów siedziało na niej z rękami na kolanach, jak w poczekalni. Właścicielka otworzyła drzwi punktualnie o szóstej, powiedziała „no proszę” i wpuściła wszystkich naraz, czyli trzy osoby, bo ja też weszłam.

Wieś leży kilkanaście kilometrów od Lidzbarka Warmińskiego, wśród pagórków i alej, w których co drugie drzewo ma bocianie gniazdo albo jego resztki. Z Torunia to około dwustu dwudziestu kilometrów, więc wyjechałam o trzeciej. Blaszak o tej porze jeździ spokojnie, ja trochę mniej.

6:20, chleb

Piekarz z sąsiedniej gminy przywozi chleb o 6:20, zawsze z tymi samymi trzema skrzynkami: chleb zwykły, razowy i bułki. W soboty dochodzi czwarta, z drożdżówkami. Właścicielka liczy bochenki, zanim kierowca wyjdzie, i podpisuje kartkę na kolanie.

Mówi, że chleb ustawia cały dzień. Kto przyjdzie po chleb, kupi przy okazji mleko, masło, coś do chleba. Kiedy chleb się spóźnia, sklep stoi. Dwa razy w zeszłym roku piekarz nie dojechał przez śnieg i wtedy ludzie przychodzili, pytali i wychodzili z pustymi rękami. Pamięta to bardziej niż jakikolwiek remanent.

Sklep prowadzi od dziewiętnastu lat. Przejęła go po poprzedniej właścicielce, która przeszła na emeryturę i nie miała komu go oddać. Przez ten czas w gminie zamknęły się trzy inne sklepy, a w Lidzbarku otworzyły dwa markety. Mówi o tym bez złości, jak o pogodzie.

7:40, zamówienie

Między pierwszą falą klientów a drugą siada na zapleczu nad zamówieniem do hurtowni. Na kartce, potem przepisuje do formularza w telefonie. Patrzyłam jej przez ramię i poczułam się jak w poniedziałek w pracy, bo w moim pół etatu w dziale zamówień widzę te same listy, tylko z drugiej strony.

Tyle że tu wszystko jest w małych liczbach. Sześć zgrzewek wody, dwa kartony makaronu, jedna paleta nie przyjedzie nigdy, bo nie ma jej gdzie postawić. Hurtownia przywozi towar raz w tygodniu, czasem dwa, i właścicielka musi przewidzieć, co zejdzie do następnej dostawy. Latem łatwiej, bo przyjeżdżają letnicy do domków nad jeziorem i kupują wszystko, zimą trudniej, bo kupują głównie starsi ludzie i biorą mało.

„Za dużo zamówię, to mi się przeterminuje. Za mało, to pojadą do miasta i już nie wrócą.”

właścicielka sklepu

9:00, zeszyt

W szufladzie pod kasą leży zeszyt. Nie pokazała mi go, tylko powiedziała, że jest. Kilka osób we wsi kupuje „na zeszyt”, do pierwszego, do emerytury, do wypłaty z sezonowej pracy. Prawie wszyscy oddają. Prawie.

Nie chciała o tym długo mówić i nie ciągnęłam. Zapisałam tylko, że zeszyt jest gruby i ma twardą okładkę, i że ona mówi o nim tonem, jakim mówi się o kimś z rodziny, z kim się nie rozmawia.

Półki małego wiejskiego sklepu
Półki małego wiejskiego sklepu

11:00, ławka

Do południa przez sklep przeszło, jak policzyłam kreskami w notesie, sześćdziesiąt trzy osoby. Niektóre dwa razy. Ławka przed sklepem przez cały ranek była zajęta, tylko skład się zmieniał. To tam ludzie dowiadywali się, kto jest w szpitalu, kto sprzedał ziemię, czy przyjedzie autobus, bo w wakacje jeździ rzadziej.

Właścicielka mówi, że gdyby sklep zamknęła, wieś nie straciłaby tylko chleba. Straciłaby tę ławkę. Nie mówiła tego wzruszonym głosem, raczej rzeczowo, jak o rurze, która gdzieś biegnie pod ziemią i o której wszyscy przypominają sobie dopiero, jak pęknie.

Niedziela, 8:00

W niedzielę sklep jest otwarty od ósmej do jedenastej, ale tylko dlatego, że za ladą stoi ona sama. Przepisy o zakazie handlu w niedziele pozwalają sprzedawać właścicielowi, który robi to osobiście i na własny rachunek. Pracownika, nawet na kilka godzin, zatrudnić nie może. Rodzina może pomóc, ale bez zapłaty.

Przyjechałam rano jeszcze raz, z pokoju w Lidzbarku. W niedzielę było spokojniej: chleb z soboty, gazety, lody dla dzieci letników. Pytałam, czy jej się chce, siedem dni w tygodniu. Odpowiedziała, że nie chce, ale w niedzielę rano przychodzą ci, którzy w tygodniu nie dadzą rady, i tyle.

Co by zrobiła inaczej

Zapytałam przy kasie, kiedy nikogo nie było. Odpowiedziała po dłuższej chwili, że wcześniej postawiłaby drugą lodówkę. Przez pierwsze lata miała jedną i latem połowa lodów topniała w drodze z zaplecza. Druga lodówka kosztowała mniej niż jeden sezon strat, ale zdecydowała się dopiero po trzech latach.

O to, co się psuje najczęściej, nie musiałam pytać. W trakcie mojej wizyty dwa razy zawiesił się terminal do kart i dwa razy ktoś zapłacił gotówką, której nie miał, czyli trafił do zeszytu.

Zapisała Celina, Toruń. Rozmówcy bez nazwisk i twarzy, miejsca bez adresów. Nagranie z dyktafonu skasowane po napisaniu tych zapisków.