Zapiski z rozmowy
Ile kilometrów ma w nogach pilotka wycieczek z Gniezna?

Pojechałam z pilotką z Gniezna na jednodniową wycieczkę i wylądowałam we własnym mieście, w Toruniu, słuchając o nim jak turystka. Licznik kroków w jej telefonie pokazał wieczorem ponad dwadzieścia tysięcy.
Autokar stał na parkingu w Gnieźnie o szóstej rano z otwartymi drzwiami i zapalonymi światłami w środku. Pilotka chodziła wzdłuż niego z kartką na podkładce i odhaczała nazwiska, których ja nie zapisywałam. Ja wyjechałam z Torunia o wpół do piątej, żeby być na czas, a potem cały dzień jechałam z powrotem do Torunia. Taki był plan i do wieczora nie przestał mnie bawić.
Lista przy drzwiach
Grupa liczyła czterdzieści siedem osób, głównie emerytów z klubu seniora. Pilotka znała połowę z poprzednich wyjazdów. Wiedziała, kto siada z przodu, bo go mdli, kto potrzebuje miejsca przy przejściu, bo kolano, kto zawsze zapomina, o której jest zbiórka. Mówiła o nich ciepło, ale bez zdrobnień.
Pilotem wycieczek może dziś zostać właściwie każdy pełnoletni z maturą. Od 2014 roku nie trzeba zdawać egzaminu ani robić kursu, co ona skomentowała krótko: kurs zrobiła wcześniej, a resztę i tak nauczyła się w autokarze. Pilot jedzie z grupą od początku do końca, pilnuje programu, ludzi i czasu. W mieście grupę oprowadza zwykle miejscowy przewodnik. Tak było i tym razem.
Kierowca też ma swoje godziny
Pierwsze, co zrobiła po ruszeniu, to nie powitanie przez mikrofon, tylko krótka wymiana z kierowcą o przerwach. Kierowca autokaru może jechać najwyżej cztery i pół godziny, potem musi mieć czterdzieści pięć minut przerwy. W ciągu dnia za kierownicą wolno mu spędzić dziewięć godzin, dwa razy w tygodniu dziesięć. Wszystko zapisuje tachograf.
Przy jednodniowej wycieczce na dystansie stu kilometrów to brzmi jak formalność, ale pilotka mówi, że przy dłuższych trasach to jest szkielet całego programu. Muzeum można przesunąć. Przerwy kierowcy nie.
„Program układam od końca: o której kierowca musi skończyć, i wtedy wiem, ile mamy na zwiedzanie.”
Toruń oczami turystki
Przyjechaliśmy na parking przy bulwarze przed dziewiątą. Grupa wysypała się z autokaru, pilotka policzyła wszystkich dwa razy i oddała ich miejscowej przewodniczce. Sama szła na końcu.
Zapytałam ją w kolejce do ratusza, ile takich wyjazdów robi w roku. Policzyła na głos: w sezonie trzy, cztery w tygodniu, jednodniowe i dłuższe, a zimą prawie nic, wtedy pracuje w biurze i układa programy na wiosnę. Mówi, że to praca na umowach, od wyjazdu do wyjazdu, i że do emerytury się z tego nie odkłada. Robi to od piętnastu lat, bo, jak powiedziała, nie umie usiedzieć w jednym miejscu dłużej niż tydzień.
Zrozumiałam po godzinie, że to jest jej właściwa praca. Przewodniczka opowiadała o Koperniku, o krzywej wieży, o pierniku. Pilotka w tym czasie pilnowała, czy ktoś nie został przy wystawie sklepowej, kto szuka toalety, czy pani z laską nadąża na bruku. Raz wróciła po kogoś do poprzedniej uliczki, potem dogoniła grupę. Stąd te kilometry. Pilot przechodzi każdą trasę co najmniej półtora raza.

Ja przy okazji dowiedziałam się o swoim mieście dwóch rzeczy, których nie wiedziałam, i postanowiłam nikomu w domu o tym nie mówić. Stefan zna Toruń z perspektywy dworca i nie przyjąłby tego dobrze.
Obiad o 13:15, nie o 13:30
Obiad był zamówiony w restauracji na 13:15. Pytałam, dlaczego nie o pełnej godzinie. Pilotka mówi, że pełne godziny są zajęte przez inne grupy i wtedy na zupę czeka się dwadzieścia minut. Kwadrans wcześniej albo później i kuchnia ma oddech. Takich drobiazgów miała w zanadrzu kilkadziesiąt, wszystkie z praktyki.
Po obiedzie pojechaliśmy do Chełmna, na rynek i do kościoła. Tam już przewodnika nie było, opowiadała ona. Mówiła prosto, bez dat co drugie zdanie, i ludzie słuchali.
W autokarze, w drodze powrotnej, rozdała kartki z quizem o tym, co widzieliśmy. Wygrała pani z trzeciego rzędu, która przez cały dzień wyglądała, jakby nie słuchała. Nagrodą był piernik. Ja zdobyłam cztery punkty na dziesięć i wolałam nie mówić, skąd jestem.
Co się psuje najczęściej
Tu odpowiedź padła od razu: mikrofon. W co drugim autokarze trzeszczy, wyłącza się albo słychać go tylko w pierwszych rzędach. Dlatego nosi w torebce własny, mały, na baterie, i podłącza się, gdzie się da. Drugie miejsce: ludzie, którzy znikają na chwilę. Prawie zawsze się znajdują, ale minuta szukania potrafi zjeść kwadrans programu.
Zapytałam też, co by zrobiła inaczej, gdyby zaczynała od nowa. Powiedziała, że od pierwszego dnia kupiłaby porządne buty, a nie po trzecim sezonie. Pokazała mi swoje. Zdarte na palcach, ale wygodne.
Licznik kroków
Wróciliśmy do Gniezna o 21:30. Ludzie wysiadali powoli, dziękowali kierowcy, ktoś zostawił w autokarze parasol i pilotka pobiegła z nim przez parking. Potem pokazała mi telefon: ponad dwadzieścia jeden tysięcy kroków. Mój pokazał siedemnaście i miałam poczucie, że to i tak dużo jak na dzień, w którym byłam turystką we własnym mieście.
Do Torunia wracałam po ciemku, tą samą drogą co rano autokar, i przez całą drogę słuchałam nagrania. Najwięcej było na nim nie o zabytkach, tylko o godzinach.
Autokar stał na parkingu w Gnieźnie o szóstej rano z otwartymi drzwiami i zapalonymi światłami w środku. Pilotka chodziła wzdłuż niego z kartką na podkładce i odhaczała nazwiska, których ja nie zapisywałam. Ja wyjechałam z Torunia o wpół do piątej, żeby być na czas, a potem cały dzień jechałam z powrotem do Torunia. Taki był plan i do wieczora nie przestał mnie bawić.