Zapiski z rozmowy
Kierowniczka budowy w Rzeszowie zaczyna dzień od prognozy pogody

Betonowanie stropu zaczęło się o wpół do piątej, bo po dziesiątej beton w lipcowym słońcu robi się nerwowy. Spędziłam ranek z kierowniczką budowy bloku na obrzeżach Rzeszowa i patrzyłam, jak w jej telefonie radar burzowy wygrywa z harmonogramem.
O czwartej dziesięć na budowie na obrzeżach Rzeszowa było jeszcze szaro, a kierowniczka stała przy bramie z telefonem w ręku i przewijała mapę radarową. Pierwsza gruszka z betonem miała przyjechać o wpół do piątej. Ja przyjechałam z pokoju gościnnego dwie ulice dalej, bo z Torunia jest tu prawie pięćset kilometrów i dzień wcześniej blaszak dostał całą trasę na raz.
Pierwsze, co usłyszałam, to nie „dzień dobry”, tylko: „Do jedenastej mamy spokój, potem zobaczymy”. Mowa była o burzach. Prognoza na popołudnie mówiła o trzydziestu stopniach i komórkach burzowych znad Bieszczad.
Beton nie lubi lipca
Tego dnia betonowano strop nad czwartym piętrem sześciokondygnacyjnego bloku. Około stu dwudziestu metrów sześciennych, jak policzyła na palcach: kilkanaście betonowozów, jeden po drugim, pompa z wysięgnikiem ustawiona od strony ulicy. Dlatego start o świcie. Beton wiąże szybciej, kiedy jest gorąco, i jeśli mieszanka za bardzo się nagrzeje, robi się trudna do ułożenia, a powierzchnia potrafi popękać.
Sprawdziłam to potem w poradnikach dla wykonawców: w specyfikacjach przyjmuje się zwykle, że mieszanka nie powinna mieć więcej niż 35 stopni, a świeży beton w upale trzeba polewać wodą albo przykrywać, żeby nie oddał jej za szybko. Na budowie wyglądało to bardzo zwyczajnie. Dwóch chłopaków z wężem i stos złożonych plandek przy schodach, czekających na ósmą.
Kierowniczka chodziła po stropie w kasku i gumowcach, co chwilę przykucała przy zbrojeniu. Pytałam, czego szuka. Odstępów, otuliny, czyli warstwy betonu między prętem a powierzchnią, i tego, czy ktoś nie przestawił dystansów, kiedy chodził po siatce. Mówi, że po dwudziestu latach w branży nadal najbardziej boi się rzeczy, których potem nie widać.
Żuraw stoi, kiedy wieje
Żuraw wieżowy tego dnia prawie nie pracował, bo przy betonowaniu pompą nie był potrzebny. Ale kiedy zapytałam o wiatr, kierowniczka od razu pokazała mi na telefonie drugą aplikację, z porywami.
Przepisy mówią, że przy porywach powyżej 15 metrów na sekundę żuraw ma stanąć, a przy ładunkach o dużej powierzchni, takich jak płyty szalunkowe, już powyżej 10, chyba że instrukcja producenta podaje inne wartości. Operator ma wiatromierz w kabinie i to on ostatecznie decyduje. Ona tylko planuje dzień tak, żeby dostawy szalunków nie wypadały w godzinach, kiedy wieje.

„Harmonogram piszę w biurze, ale układa mi go pogoda.”
Zapisuję to na marginesie, bo przez siedemnaście lat jeździłam do przetwórni, które żyły z pogody tak samo, tylko od drugiej strony: przymrozek, żniwa, sezon. Tu pogoda nie przynosi towaru, tylko zabiera godziny.
Zeszyt, którego nie wolno zgubić
Koło siódmej zeszłyśmy do kontenera biurowego. Na stole plany, kask, kubek z herbatą (moja, z termosu) i dziennik budowy. Gruby, papierowy, z numerowanymi stronami.
Od 2023 roku można prowadzić dziennik w wersji elektronicznej i do końca 2029 roku inwestor sam wybiera, którą. Na tej budowie inwestor wybrał papier. Kierowniczka wzruszyła ramionami. Ona sama woli elektroniczny, bo nie trzeba go nosić przy sobie, ale zdaje sobie sprawę, że na wielu budowach papier jeszcze trochę poleży.
Patrzyłam, jak robi wpis o betonowaniu: klasa betonu, godziny, temperatura powietrza, sposób pielęgnacji. Pisze drukowanymi literami. Powiedziała, że kiedyś ktoś jej wytknął, że jej pismo da się przeczytać tylko w kontekście, i od tamtej pory pisze jak na formularzu w urzędzie.
Co się psuje najczęściej
Zadałam to pytanie około dziewiątej, kiedy ostatni betonowóz zjechał z placu, a ludzie z łatami wyrównywali powierzchnię. Myślałam, że usłyszę o pompie albo o żurawiu.
„Terminy” - powiedziała. Nie maszyny, tylko łańcuch: stal przyjeżdża dzień później, przez to zbrojarze wchodzą później, przez to betonowanie przesuwa się na dzień, kiedy ma padać. Na budowie jedno opóźnienie rzadko zostaje samo. Mówi, że połowę swojej pracy spędza przy telefonie, przestawiając klocki, a drugą połowę na pilnowaniu, żeby to przestawianie nie odbiło się na jakości.
Opowiadała też o ludziach. Brygady są mniejsze niż kilka lat temu, część fachowców pracuje za granicą, a młodych, którzy chcą wiązać zbrojenie w lipcowym słońcu, jest niewielu. Nie narzekała, raczej wyliczała, jak ktoś, kto zna to od lat.
Burza przyszła o 13:40
Do południa przykryli strop, polali go raz jeszcze, a ja siedziałam w kontenerze i przepisywałam nagranie na kartkę, bo dyktafon w upale zachowuje się dziwnie. O 13:40 niebo od południa zrobiło się granatowe. Kierowniczka wyszła na zewnątrz, popatrzyła na żuraw, potem na strop pod plandekami, i powiedziała tylko, że dzisiaj zdążyli.
Na koniec zapytałam, co by zrobiła inaczej, gdyby zaczynała jeszcze raz. Odpowiedziała, że wcześniej nauczyłaby się mówić „nie” na terminy, które od początku są nierealne. Dodała, że to nie jest umiejętność, którą daje się na studiach.
Wyjeżdżałam z Rzeszowa w deszczu tak gęstym, że wycieraczki blaszaka nie nadążały, i pierwsze sto kilometrów przejechałam za ciężarówką, bo nic przed nią nie było widać.
O czwartej dziesięć na budowie na obrzeżach Rzeszowa było jeszcze szaro, a kierowniczka stała przy bramie z telefonem w ręku i przewijała mapę radarową. Pierwsza gruszka z betonem miała przyjechać o wpół do piątej. Ja przyjechałam z pokoju gościnnego dwie ulice dalej, bo z Torunia jest tu prawie pięćset kilometrów i dzień wcześniej blaszak dostał całą trasę na raz.