Prosto do zapisków

zapiski z rozmów z ludźmi, którzy coś robią

Zapiski z rozmowy

Sezon na przystani nad Drawą zaczyna się od łatania kajaków

Drawno, nad Drawą 4 min czytania zapisała Celina

Kolorowe kajaki na pomoście nad rzeką

Odcinek Drawy w parku narodowym otwiera się dla kajaków dopiero pierwszego lipca. Czerwiec na przystani to szlifierka, żywica, liczenie wioseł i kamizelek, i czekanie na telefon od pierwszej grupy.

Kajaki leżały do góry dnem na kozłach pod wiatą, w dwóch rzędach, jak ryby na straganie. Na kilku były ołówkiem obrysowane miejsca: krzyżyk, kółko, strzałka. Właściciel przystani, który wypożycza kajaki w Drawnie od ponad dwudziestu lat, chodził między nimi ze szlifierką i z kartką, na której miał wypisane numery burt. Była wpół do dziewiątej, czerwiec, a nad jeziorem jeszcze wisiała mgła.

Z Torunia do Drawna jest około dwustu piętnastu kilometrów, przez Bydgoszcz, Piłę i Wałcz. Drogi na Pomorzu Zachodnim w czerwcu są puste i proste, a lasy po obu stronach tak gęste, że radio co chwilę traci zasięg.

Rzeka jeszcze zamknięta

Drawa wpływa do parku narodowego właśnie przy Drawnie. Usłyszałam od właściciela i sprawdziłam później w zasadach parku: odcinek w granicach parku jest otwarty dla kajaków od pierwszego stycznia do połowy marca i od pierwszego lipca do końca roku, od dziewiątej do dziewiętnastej. Od połowy marca do końca czerwca rzeka odpoczywa. Właściciel mówi, że to czas lęgów i tarła, i że nikt z miejscowych się o to nie kłóci. Na rzece w parku może jednocześnie płynąć najwyżej siedemset pięćdziesiąt osób.

„Pierwszego lipca o dziewiątej tu jest jak na dworcu.”

właściciel przystani

W czerwcu ruch jest mniejszy. Przystań wozi grupy na odcinki powyżej parku i na jeziora w okolicy. Głównie szkoły na zakończenie roku i firmy na wyjazd integracyjny. Reszta czasu idzie na przygotowanie sprzętu.

Krzyżyk, kółko, strzałka

Znaki ołówkiem na kadłubach to mapa zeszłego sezonu. Krzyżyk to pęknięcie, kółko to przetarcie od kamieni i pni, strzałka to miejsce, gdzie woda wchodziła do środka. Właściciel ogląda każdy kajak jesienią, zaraz po sezonie, i zaznacza, co trzeba zrobić. Wiosną się do tego wraca.

Kajaki są dwojakie. Starsze, laminatowe, zrobione z maty szklanej przesyconej żywicą, i nowsze, plastikowe, z polietylenu. Laminatowe łata się na miejscu. Plastikowych prawie się nie da naprawić porządnie, bo nic się do nich dobrze nie klei. Jak pękną, idą na części albo na ozdobę do ogródka przy przystani, gdzie jeden stoi pionowo jako tablica z cennikiem.

Kajak na brzegu rzeki w lesie
Kajak na brzegu rzeki w lesie

Szlifierka, mata, żywica

Córka właściciela, która studiuje w Szczecinie i przyjeżdża na sezon, pokazała mi łatanie od początku. Najpierw szlifuje się uszkodzone miejsce do gołego laminatu, szeroko, żeby nowa warstwa miała się czego trzymać. Potem odkurza i odtłuszcza. Potem przykłada się kawałki maty szklanej, każdy trochę większy od poprzedniego, i przesyca żywicą pędzlem, aż mata zrobi się przezroczysta. Na koniec szlifowanie na gładko i warstwa farby.

Wszystko w maseczce i rękawiczkach, bo żywica pachnie ostro i klei się do wszystkiego. Moje rękawiczki z apteczki w blaszaku okazały się za małe, więc pisałam w notesie palcami, które po godzinie były sztywne. Córka właściciela mówi, że najgorzej, kiedy ktoś w trakcie spływu załata dziurę taśmą. Potem trzeba zdzierać taśmę i dopiero zaczynać.

Usłyszałam, że żywica w czerwcu schnie szybciej niż w kwietniu, i właśnie dlatego większość łatania robią przed sezonem, ale nie za wcześnie. W chłodnej wiacie w marcu potrafi się nie utwardzić przez dwa dni.

Wiosła, kamizelki i fartuchy

Poza kajakami jest reszta sprzętu. Wiosła trzeba policzyć, sprawdzić łączenia i pióra, czyli płaskie końcówki, które pękają od uderzeń o kamienie. Kamizelki ratunkowe ogląda się po kolei: zapięcia, pasy, rozmiary. Fartuchy, czyli osłony zakładane na otwór kajaka, żeby nie nalewało się do środka, leżą w pudłach i w każdym sezonie jakiś ginie.

Zapytałam, co się psuje najczęściej. Odpowiedź była krótka: wiosła. Ludzie odpychają się nimi od dna, od brzegu i od siebie nawzajem.

Po południu pojechaliśmy przyczepą na brzeg, do miejsca, gdzie grupy kończą spływ. Właściciel sprawdzał, czy zimą nie podmyło zejścia do wody i czy nikt nie zostawił śmieci przy ognisku. Zostawił. Zebraliśmy dwa worki puszek i butelek, a ja dostałam za to herbatę z jego termosu, gorszą od mojej, ale gorącą.

Telefon od pierwszej grupy

Koło trzeciej zadzwoniła szkoła spod Gorzowa z pytaniem o termin na koniec czerwca. Właściciel zapisał w zeszycie, długopisem, choć ma system rezerwacji w telefonie. Powiedział, że w sezonie zeszyt jest pewniejszy, bo w lesie nie ma zasięgu, a w zeszycie zawsze jest.

Drugie pytanie zadałam przy przyczepie, którą wozi kajaki na start: co by zmienił, gdyby otwierał przystań jeszcze raz. Kupowałby od razu plastikowe kajaki, odpowiedział. Laminat jest ładny, ale przez niego nie ma wolnej wiosny.

Wracałam z zapachem żywicy na rękach, którego nie zmył ani piasek, ani mydło w toalecie na stacji. Stefan powiedział, że pachnę jak nowa łódka.

Zapisała Celina, Toruń. Rozmówcy bez nazwisk i twarzy, miejsca bez adresów. Nagranie z dyktafonu skasowane po napisaniu tych zapisków.