Zapiski z rozmowy
Gabinet stomatologiczny w Nowym Targu widziany zza fotela

Pacjent widzi lampę i sufit. Ja przez cały dzień siedziałam na taborecie w rogu gabinetu i patrzyłam na pracę asystentki stomatologicznej: narzędzia, pakiety, autoklaw i ludzi, którzy boją się bardziej, niż mówią.
Pierwsze, co usłyszałam po wejściu, to cichy pisk urządzenia w małym pomieszczeniu za gabinetem. Asystentka stomatologiczna, która pracuje w tym zawodzie od czternastu lat, wyjęła z niego tacę zapakowanych w folię narzędzi i ułożyła je na blacie rzędem, jak sztućce przed weselem. Była 7:15. Pierwszy pacjent miał przyjść o wpół do ósmej.
Do Nowego Targu z Torunia jest blisko pięciuset kilometrów. Przyjechałam w czwartek, w Boże Ciało, kiedy drogi były puste, a w piątek, w dniu po święcie, gabinet pracował normalnie. Spałam w pokoju gościnnym na skraju miasta, z widokiem na Gorce. Rano było jedenaście stopni i mgła nad rzeką.
Ja na taborecie, ona wszędzie
Przy pierwszym telefonie lekarka, która prowadzi gabinet, postawiła jeden warunek: żadnych zdjęć pacjentów, nawet od tyłu, i żadnych rozmów z nimi. Zgodziłam się bez dyskusji. Dostałam taboret w rogu, maseczkę i fartuch. Pacjenci byli pytani, czy pozwalają na moją obecność. Dwie osoby nie pozwoliły i wtedy wychodziłam na korytarz.
Z taboretu widać więcej, niż myślałam. Lekarka pracuje w ustach pacjenta, a asystentka dookoła niej: podaje narzędzia, zanim padnie prośba, trzyma ssak, miesza materiały do wypełnień, przestawia lampę, uspokaja. W ciągu godziny naliczyłam kilkadziesiąt ruchów rąk, które wyglądały na odruch.
„Dobra asystentka podaje to, o co lekarz dopiero pomyślał.”
Rękaw, zgrzew, autoklaw
Między pacjentami jest kilka minut. Wtedy asystentka zmienia wszystko, czego dotykał poprzedni: dezynfekuje fotel i blaty, zmienia osłony, wyrzuca jednorazówki. Narzędzia, które da się używać wielokrotnie, idą do zaplecza.
Tam jest ich osobna droga. Najpierw myjka, potem suszenie, potem pakowanie w rękawy, czyli torebki z papieru i przezroczystej folii, zamykane zgrzewarką. Przy zgrzewarce się uśmiechnęłam. Przez lata sprzedawałam folie i rękawy do pakowania, choć do żywności, nie do gabinetów, i nigdy nie widziałam, co się dzieje z nimi dalej.
Zapakowane narzędzia idą do autoklawu, czyli urządzenia, które sterylizuje je parą wodną pod ciśnieniem. Usłyszałam, że najczęściej używa się programu w temperaturze 134 stopni, a cały cykl razem z suszeniem trwa u nich mniej więcej trzy kwadranse. Na każdym pakiecie jest data i znacznik, który zmienia kolor, jeśli sterylizacja się udała. Asystentka zapisuje każdy cykl w zeszycie i w komputerze.

Strach ma swoją godzinę
Pacjenci tego dnia: starszy pan na kontrolę protezy, dziewczynka z mamą na lakowanie, czyli zabezpieczenie bruzd w zębach trzonowych, kobieta z bólem, która przyszła bez umówienia i dostała okienko między dwiema wizytami, turysta z Warszawy, który złamał ząb na oscypku. Asystentka mówi, że od czerwca do września turystów jest coraz więcej. Przyjeżdżają w góry z zębem, który bolał od miesiąca, i ból wraca akurat na szlaku.
Zapytałam, kiedy ludzie boją się najbardziej. Odpowiedziała, że rano. Kto przychodzi na ósmą, ten nie spał w nocy. Po południu ludzie są zmęczeni dniem i strach im się trochę rozmywa.
„Mężczyźni mówią, że się nie boją. Potem trzymają poręcz jak na karuzeli.”
Ssak i kompresor
Zapytałam, co się psuje najczęściej. Odpowiedź przyszła bez namysłu: ssak i kompresor. Ssak, bo pracuje cały dzień i zapycha się wszystkim, co zostaje w ustach. Kompresor, bo bez sprężonego powietrza nie działają końcówki, którymi pracuje lekarka. Kiedy stanie, gabinet stoi. Raz w zimie stał przez pół dnia i pacjentów trzeba było przekładać telefonicznie, jednego po drugim.
Asystentka ma swoje sposoby na przestoje sprzętu. Zapasowe końcówki w szufladzie, drugi ssak przenośny w szafie i numer do serwisanta zapisany flamastrem na wewnętrznej stronie drzwiczek od szafki, bo w telefonie „zawsze się gubi”. Pokazała mi też segregator z instrukcjami wszystkich urządzeń, z kolorowymi zakładkami. Powiedziała, że zrobiła go po tamtej zimie.
W gabinecie pracuje się na dwie zmiany. Asystentka kończy o trzeciej, potem przychodzi druga. Przed wyjściem zostawia jej kartkę na blacie: co jest w autoklawie, czego brakuje, który pacjent ma alergię. Odręcznie, choć mają system w komputerze.
Czternaście lat w jednym zawodzie
Zanim została asystentką, sprzedawała w aptece. Zrobiła szkołę policealną wieczorowo, w Krakowie, dojeżdżając dwa razy w tygodniu. Pod koniec dnia zapytałam, co zrobiłaby inaczej, gdyby wybierała zawód jeszcze raz. „Nic - odpowiedziała. - Może tylko kupiłabym lepsze buty na pierwszy dzień.”
Zostałam jeszcze na noc i wracałam w sobotę rano, przez Kraków, w korku, który zaczął się już w Myślenicach. Pierwszy raz od dawna umówiłam się do dentysty w Toruniu. Odkładałam to od zimy.
Pierwsze, co usłyszałam po wejściu, to cichy pisk urządzenia w małym pomieszczeniu za gabinetem. Asystentka stomatologiczna, która pracuje w tym zawodzie od czternastu lat, wyjęła z niego tacę zapakowanych w folię narzędzi i ułożyła je na blacie rzędem, jak sztućce przed weselem. Była 7:15. Pierwszy pacjent miał przyjść o wpół do ósmej.