Zapiski z rozmowy
Ostatni kurs o 21:40. Dzień z kierowczynią autobusu spod Krosna

Pierwszy kurs przed szóstą, ostatni o 21:40, a pomiędzy szkoła, przychodnia, targ i trzy godziny przerwy na pętli. Przejechałam z nią cały dzień po drogach pod Beskidem Niskim, na siedzeniu za kabiną.
O piątej rano w bazie było ciemno i pachniało olejem napędowym. Kierowczyni, która jeździ na liniach podmiejskich od dziewięciu lat, obchodziła autobus z latarką: opony, światła, lusterka, drzwi. Potem usiadła, wpisała coś w kasę biletową i powiedziała, żebym zajęła miejsce zaraz za kabiną, „bo tam się najlepiej widzi i najmniej buja”.
Z Torunia pod Krosno jest ponad pięćset kilometrów. Wyjechałam dzień wcześniej, w środę rano, i spałam w pokoju gościnnym przy drodze na Dukłę. Właścicielka obudziła mnie o 4:20 pukaniem, choć prosiłam tylko o klucz do bramy.
Kasa biletowa i matematyka
Za kierownicą siedzi od dziewięciu lat. Wcześniej przez dekadę była kasjerką w markecie w Krośnie. Prawo jazdy na autobus zrobiła po czterdziestce, razem z kwalifikacją, czyli dodatkowym kursem dla zawodowych kierowców. Usłyszałam, że cała ta nauka zajęła jej prawie rok, wieczorami i w soboty.
„W markecie też liczyłam pieniądze i ludzi. Tu przynajmniej widać góry.”
Pierwszy kurs wyjechał o 5:40. Pasażerów było czterech: dwóch mężczyzn do pracy w zakładzie pod miastem, kobieta w fartuchu pod kurtką i chłopak z kaskiem rowerowym przy plecaku. Każdy miał bilet miesięczny, każdy usiadł na tym samym miejscu, co zawsze. Kierowczyni mówiła mi to szeptem, jakby zdradzała tajemnicę.
Szkoła przyjeżdża o siódmej
Drugi kurs to dzieci. Na przystankach przy wiejskich drogach stały grupki z plecakami, niektóre pod zadaszeniem, większość po prostu na poboczu. Kierowczyni zna je wszystkie z twarzy i z charakteru. Wie, które trzeba upomnieć, które zawsze zapominają legitymacji i które w maju jeżdżą coraz rzadziej, bo rodzice zaczynają je wozić do szkoły w drodze do pracy.
Zapytałam, ile osób jeździ teraz w porównaniu z tym, co było dziewięć lat temu. Odpowiedziała, że kursów jest mniej, ale ludzi na kurs czasem więcej, bo wszyscy jadą na te same godziny. Starsi pasażerowie wiedzą to lepiej od niej. Ustawiają wizyty u lekarza pod rozkład, a nie odwrotnie.
Przerwa na pętli
Między dziesiątą a pierwszą nie było kursów. Autobus stał na pętli przy sklepie we wsi pod lasem, a kierowczyni miała przerwę. Dzień pracy na liniach krótkich, do pięćdziesięciu kilometrów, jest podzielony: rano kursy szkolne i do pracy, potem cisza, po południu powroty. Usłyszałam, że przepisy pozwalają w takiej pracy na najwyżej dziesięć godzin pracy w ciągu doby, więc rozkład jest pocięty na kawałki, a resztę dnia wypełniają przerwy, których nikt jej nie oddaje jako wolnego czasu.

Na pętli jadła kanapki, czytała gazetę z regionu i dzwoniła do córki. Ja spacerowałam wzdłuż drogi i liczyłam kapliczki. Doliczyłam do siedmiu w promieniu kilometra.
Zadałam pierwsze pytanie: co się psuje najczęściej. „Drzwi - powiedziała. - Zimą zamarzają, latem się przegrzewają, a ludzie zawsze trzymają je ręką.”
Usłyszałam też o ogrzewaniu, które w starszych autobusach działa tylko z przodu, i o tym, że w lutym ludzie siadają jak najbliżej kierowcy, a w lipcu jak najdalej.
Popołudnie wraca od końca
Od pierwszej do szóstej autobus zbierał wszystkich z powrotem. Dzieci po szkole, ludzie po pracy, starsza pani z siatkami z targu, która zapytała mnie, czy jestem nowym kontrolerem. Powiedziałam, że nie, że tylko zapisuję. Pokiwała głową i opowiedziała mi o kolanie, przez trzy przystanki.
Kierowczyni prowadzi spokojnie i płynnie, hamuje wcześnie, jakby w środku stały szklanki z wodą. Na zakrętach pod Beskidem zwalnia bardziej, niż każe znak. Mówi, że tego nauczyła się od starszego kierowcy, który woził ją na pierwszych kursach jako pasażerkę i co chwilę mówił „wolniej, oni tu nie mają pasów”.
Około szóstej zjechała do bazy na tankowanie, krótką kontrolę i drugą długą przerwę, do dziewiątej wieczorem. Mechanik, który kończył dzienną zmianę, zajrzał pod autobus z latarką, wymienił z nią kilka zdań o hamulcach i machnął ręką, że do jutra pojedzie. Kierowczyni powiedziała mi, że z mechanikami trzeba żyć dobrze, bo to oni decydują, czy rano dostanie sprawny autobus, czy ten, w którym drzwi trzeba dopychać kolanem.
Tę przerwę spędziłam w bazowej kanciapie, przy czajniku, słuchając rozmów kierowców o objazdach i o nowym rozkładzie od września. Ostatni kurs jest inny niż wszystkie. Jadą nim ludzie po drugiej zmianie, czasem ktoś po szpitalnych odwiedzinach. Mniej rozmów, więcej telefonów przy uchu i słuchawek. Na przystankach zapalały się latarnie, a nad Beskidem robiło się granatowo.
21:40, pusty autobus
Ostatni kurs wyjechał z Krosna dokładnie o 21:40. Wsiadły dwie osoby: kobieta po zmianie w szpitalu i nastolatek, który przespał całą drogę. Kiedy wysiedli, autobus jechał pusty, z zapalonymi światłami w środku, przez wsie, w których większość okien była już ciemna. To był jedyny moment dnia, kiedy kierowczyni włączyła radio.
Drugie pytanie zadałam w bazie, kiedy oddawała utarg. Co by zmieniła, gdyby mogła zacząć jeszcze raz? Zaczęłaby wcześniej, odpowiedziała, bo po co jej było dziesięć lat przy kasie.
Wróciłam do pokoju gościnnego o wpół do jedenastej. Następnego dnia jechałam do Torunia prawie osiem godzin, z przerwą w Kielcach. Mijałam po drodze dziesiątki przystanków i na każdym patrzyłam, czy ktoś stoi.
O piątej rano w bazie było ciemno i pachniało olejem napędowym. Kierowczyni, która jeździ na liniach podmiejskich od dziewięciu lat, obchodziła autobus z latarką: opony, światła, lusterka, drzwi. Potem usiadła, wpisała coś w kasę biletową i powiedziała, żebym zajęła miejsce zaraz za kabiną, „bo tam się najlepiej widzi i najmniej buja”.