Rozmowa tygodnia - zapiski z rozmowy
Kamieniarz spod Kielc dwa tygodnie przed Wszystkimi Świętymi

W zakładzie kamieniarskim pod Kielcami połowa października to czas dat dopisywanych na starych pomnikach i liter złoconych pędzelkiem. Zamówień na przed pierwszym listopada już nie przyjmują. Spędziłam tam dzień, w pyle i w hałasie kompresora.
O siódmej rano na placu zakładu pod Kielcami stały rzędem płyty granitowe, oparte o stojaki jak książki na półce. Czarne, szare, jedna zielonkawa. Na każdej kredą napisane nazwisko, a raczej skrót, bo właściciel pisze tylko pierwsze trzy litery. W hali za placem już szumiał kompresor, a syn właściciela przyklejał na płytę żółtą folię.
Z Torunia jest tu około trzystu trzydziestu kilometrów. Przyjechałam w środę wieczorem i spałam w pokoju gościnnym przy drodze na Chęciny, w domu, w którym ściana w kuchni była z nieotynkowanego kamienia. Gospodyni powiedziała, że w tej okolicy kamień jest wszędzie, wystarczy kopnąć.
Trzy litery kredą
Właściciel ma po sześćdziesiątce i robi w kamieniu od czterdziestu lat, z tego połowę na swoim. Pracuje z synem i z jednym pracownikiem. W październiku cała trójka robi prawie wyłącznie jedną rzecz: dopisuje.
Najwięcej zamówień przed pierwszym listopada to nie nowe pomniki, tylko daty. Ktoś umarł wiosną albo latem, pomnik stoi od lat, z imieniem męża i pustym miejscem obok. Teraz trzeba dopisać drugie imię i dwie daty, żeby rodzina zastała to na Wszystkich Świętych. Do tego czyszczenie, odnowienie starych liter, nowe wazony.
„Nowy pomnik można postawić w marcu. Datę wszyscy chcą przed pierwszym.”
Dlatego od połowy września nie przyjmują już zamówień na przed świętem. Mówi, że co roku ktoś dzwoni w ostatnim tygodniu października i płacze do słuchawki, i co roku jest mu przykro, ale nie da się. Odmawia grzecznie i zapisuje na listopad.
Folia, piasek, pył
Napisy robi się dziś inaczej niż kiedyś. Syn projektuje je w komputerze, ploter wycina litery w gumowej folii, folię nakleja się na wypolerowaną płytę i wyciąga z niej kształty liter. Potem płyta idzie do kabiny, a strumień piasku pod ciśnieniem wyżera kamień tam, gdzie folii nie ma. Wychodzi matowa, wgłębiona litera. Kosztuje to, jak mówi właściciel, kilkanaście złotych za literę, zależnie od wielkości i kroju.
Kiedy płyty nie da się zdjąć z grobu, jadą na cmentarz z małą piaskarką i kompresorem na przyczepce. Folię naklejają na miejscu, osłaniają sąsiednie groby plandeką. Tego dnia byli na dwóch cmentarzach, ja pojechałam na jeden. Stałam z boku i trzymałam reklamówkę z folią, bo coś trzeba było robić.

Granit, z którego robią pomniki, jest głównie z importu, z Indii i ze Skandynawii, trochę z Dolnego Śląska. Miejscowy wapień i marmur z okolic idą raczej na parapety i schody. Na grób, mówi właściciel, ludzie chcą czarnego, bo czarny się nie brudzi. Brudzi się, dodał, tylko tego nie widać.
Złoto pędzelkiem
Po południu siedziałam przy stole, przy którym pracownik złocił litery. Najpierw pędzelkiem nakłada się klej do złocenia, który musi trochę przeschnąć, do lepkości. Potem przykłada się płatek złota, cieńszy niż bibułka, który ucieka od oddechu, i dociska miękkim pędzlem. Nadmiar zmiata się do pudełka, bo każdy okruch się przyda.
Można też malować farbą w kolorze złota, szybciej i taniej. Różnicę widać po dwóch, trzech latach: farba matowieje i schodzi, płatkowe złoto zostaje. Pracownik złocił w ciszy, z kompresorem w tle, i przez godzinę zrobił jedno nazwisko z datami. Podkreślam to na łososiowo: godzina na jedno nazwisko.
Zapytałam, czy nie szkoda mu złota na grób, na którym deszcz, śnieg i liście. Powiedział, że płatek jest tak cienki, że na całą płytę idzie go tyle, ile waży kilka kropli wody, a wytrzyma dłużej niż ktokolwiek z nas. Złoto w płatkach kupuje w książeczkach, kartka po kartce przełożone bibułą, i trzyma je w szufladzie, która jako jedyna w zakładzie się zamyka.
Pod koniec dnia przyszła kobieta po odbiór wazonu i zapytała, czy zdążą z datą na grobie jej brata. Właściciel spojrzał na listę na ścianie, potem na syna. Syn pokręcił głową. Kobieta skinęła, jakby się tego spodziewała, i zapisała się na pierwszy tydzień listopada. Wychodząc, powiedziała, że brat i tak nigdy nie był punktualny.
Co się psuje
Kompresor, powiedział syn bez zastanowienia. W październiku chodzi od rana do wieczora i grzeje się jak piec. Drugie są tarcze diamentowe do cięcia, zużywają się szybciej, niż ktokolwiek chciałby za nie płacić. A trzecie, dodał ojciec, plecy. Płyta na pojedynczy grób waży tyle, że bez dźwigu się jej nie ruszy, ale wazony, krzyże i cokoły nosi się rękami.
Kiedy zapytałam, co zrobiłby inaczej, gdyby zaczynał jeszcze raz, właściciel długo myślał. Powiedział, że wcześniej postawiłby halę z kabiną do piaskowania, zamiast przez dziesięć lat robić napisy na dworze, w masce, w każdą pogodę. Pył z kamienia osiada w płucach, a on wtedy o tym nie myślał.
Wróciłam przez Radom, w deszczu. W Toruniu pierwsze, co zrobiłam w sobotę, to pojechałam na cmentarz, do dziadków. Litery na ich płycie są malowane i od dawna szare. Policzyłam: czterdzieści dwie.
O siódmej rano na placu zakładu pod Kielcami stały rzędem płyty granitowe, oparte o stojaki jak książki na półce. Czarne, szare, jedna zielonkawa. Na każdej kredą napisane nazwisko, a raczej skrót, bo właściciel pisze tylko pierwsze trzy litery. W hali za placem już szumiał kompresor, a syn właściciela przyklejał na płytę żółtą folię.