Zapiski z rozmowy
Czwartkowy targ w Sokółce, od pierwszego stołu do ostatniej skrzynki

Targ w Sokółce trwa w czwartki od piątej do dziesiątej rano. Przyszłam przed pierwszym sprzedawcą i wyszłam po ostatnim, a w notesie zostały mi głównie sadzonki, twaróg i rozmowy o pogodzie.
O 4:40 na targowisku w Sokółce stały trzy samochody i jeden człowiek z termosem. Przyjechałam z noclegu pod miastem i byłam czwarta. W maju na Podlasiu robi się jasno przed piątą, więc nikt nie zapalał latarek. Pierwszy stół rozłożyła kobieta, która przyjechała osobówką z przyczepką pełną sadzonek. Rozkładała go sama, szybko, jakby robiła to przez sen.
Z Torunia do Sokółki jest ponad czterysta kilometrów, więc wyjechałam w środę po południu, przez Łomżę i Białystok. Postanowiłam zapisać ten targ od stołu do stołu, w takiej kolejności, w jakiej się rozstawiali.
Stół pierwszy: sadzonki
Kobieta od sadzonek ma szklarnię i dwa tunele foliowe pod miastem. Od marca wysiewa pomidory, paprykę, ogórki, seler, kapustę, a na balkony pelargonie i petunie. W maju to jej najlepszy czas. Usłyszałam, że na Podlasiu ludzie sadzą pomidory do gruntu dopiero po połowie maja, po zimnych ogrodnikach, bo przymrozki potrafią przyjść jeszcze wtedy, kiedy w Toruniu dawno o nich zapomnieli.
„Kto posadzi za wcześnie, ten w czwartek przyjdzie po drugie.”
Sadzonki stały w skrzynkach po kilkadziesiąt sztuk, w plastikowych doniczkach i w kubkach po jogurcie. Pomidory kilku odmian, każda z kartką wbitą w ziemię. Ludzie kupowali po dziesięć, dwadzieścia, a jeden starszy pan wziął całą skrzynkę i zapakował do bagażnika jak cegły.
Stół drugi: twaróg i jajka
Rolnik spod Sokółki przywiózł twaróg w kostkach owiniętych w papier, śmietanę w słoikach i jajka w wytłaczankach z różnych sklepów, „bo klienci oddają, a ja nie wyrzucam”. Krowy ma cztery, mleka nie oddaje do mleczarni, bo przy takiej ilości nie opłaca się wozić. Wszystko przerabia sam z żoną.
Zapytałam, co się psuje najczęściej. Pomyślał i powiedział, że chłodziarka. Latem, kiedy na targu jest trzydzieści stopni, a twaróg stoi pięć godzin, zwykła lodówka turystyczna nie daje rady. Wozi go teraz w skrzyni z wkładami chłodzącymi, które zamraża w nocy.

Stół trzeci i dalej: nowalijki, rzodkiewka, szczypior
Około szóstej rozstawiło się już kilkadziesiąt stołów. Nowalijki, czyli pierwsze wiosenne warzywa, były wszędzie: rzodkiewka w pęczkach, szczypior, koperek, sałata, młoda kapusta. Część z tuneli z okolicy, część z hurtu, i sprzedający nie robili z tego tajemnicy, jak się zapytało. Ktoś sprzedawał miód, ktoś domowe wędliny w słoikach, ktoś ziemniaki z zeszłego roku, już miękkie, tanio, „na placki”.
Ceny podawano mi chętnie, ale nie zapisuję ich tutaj. Zmieniały się co godzinę. Pod koniec targu rzodkiewka była tańsza niż na początku, a sadzonki pomidorów droższe, bo zostało ich mało.
Między stołami chodziły głównie starsze osoby z wózkami na zakupy, ale nie tylko. Widziałam młodą parę z dzieckiem w nosidle, która kupowała sadzonki truskawek, i mężczyznę w roboczym ubraniu, który przed pracą wziął dwa pęczki szczypioru i kostkę twarogu i jadł chleb z twarogiem jeszcze przy stole. Targ jest tu także miejscem spotkań. Ludzie stawali w przejściach, rozmawiali o pogodzie, o pogrzebach, o tym, czyje dziecko wyjechało do pracy za granicę. Sprzedający nie przeganiali nikogo, choć zastawiali przejście.
Stół ostatni: ubrania z Białegostoku
Na samym końcu, przy płocie, małżeństwo z odzieżą. Kurtki przejściowe, dresy, dziecięce piżamy, skarpety po pięć par w paczce. Przyjeżdżają z Białegostoku na kilka targów w tygodniu, w różne miasta, każdy dzień gdzie indziej. Usłyszałam, że z roku na rok jest trudniej, bo ludzie kupują przez internet, ale na targ dalej przychodzą ci, którzy chcą coś dotknąć i przymierzyć na kurtkę.
„Internet nie powie pani, że ten rękaw jest za długi.”
Od każdego stołu pobierana jest opłata targowa. Jej wysokość ustala rada gminy, a inkasent przechodzi rano i wydaje kwitki. Widziałam go o wpół do siódmej, z teczką pod pachą. Wszyscy witali się z nim po imieniu. Imienia nie zapisałam, zgodnie z zasadą.
Dziesiąta, czyli zwijanie
Koło dziewiątej ruch zaczął spadać. O dziesiątej większość stołów już się składała. Sprzedawczyni sadzonek zostało kilka skrzynek pelargonii i jedna z pomidorami. Zapytałam ją na koniec, co by zrobiła inaczej, gdyby zaczynała jeszcze raz. Wcześniej postawiłaby drugi tunel, powiedziała. A targ by zostawiła, bo bez targu nie ma z kim porozmawiać.
Ostatnią skrzynkę wniósł do przyczepki rolnik od twarogu, za piętnaście jedenasta. Pusty plac wyglądał jak po weselu: kartki z cenami, gumki od pęczków, jedna zgubiona rękawiczka. Kupiłam twaróg, pęczek rzodkiewki i sadzonkę pomidora, choć nie mam ogrodu. Stoi na parapecie w kuchni, obok kawałka kafla spod Sandomierza.
O 4:40 na targowisku w Sokółce stały trzy samochody i jeden człowiek z termosem. Przyjechałam z noclegu pod miastem i byłam czwarta. W maju na Podlasiu robi się jasno przed piątą, więc nikt nie zapalał latarek. Pierwszy stół rozłożyła kobieta, która przyjechała osobówką z przyczepką pełną sadzonek. Rozkładała go sama, szybko, jakby robiła to przez sen.